Blog > Komentarze do wpisu
I tak to się zaczęło

Będąc w strasznie nostalgicznym nastroju ostatnio, postanowiłam sobie przypomnieć, jak się zakochiwałam. Literacko/filmowo znaczy: nie zamierzam nikogo epatować tragikomicznymi historiami moich zakochań w świecie realnym. ;). Mowa, oczywiście, nie o  prawdziwych intelektualnych fascynacjach, ale o zakochaniach - często, choć nie zawsze, w pełni potwierdzających stwierdzenie, że miłość jest ślepa... Na liście nie ma całego mnóstwa moich ukochanych książek i filmów, całego mnóstwa rzeczy, które bez chwili zawahania umieściłabym na liście najlepszych, jakie czytałam/widziałam. I tak, są w tym spisie arcydzieła w swoich gatunkach - są, z drugiej strony, rzeczy, które na listę najlepszych nigdy by się nie załapały, o których wiem, że same w sobie są marnawe (co najmniej)- ale które i tak kocham. To jest, innymi słowy, lista coups de foudre, jakie mnie w życiu trafiły :) Analiza dat wskazuje, niestety, że z wiekiem w żaden sposób nie tracę potencjału do głupiego zakochiwania się w taki właśnie sposób...

Kolejność, of course, przypadkowa.

5. Star Wars (1982), a konkretniej: Imperium kontratakuje.
W kinie w Kętach. Do kina weszła jedna osoba, a wyszła inna. Jakkolwiek by to nie brzmiało, to był największy artystyczny SZOK mojego życia: miałam 9 lat i wychowałam się na czeskich filmach SF dla dzieci. Nie wierzyłam, że tak się da robić filmy.
No i ryczałam przez pół filmu, oczywiście. Przejęłam się tak strasznie, zakochałam tak niemożliwie, że do dziś jestem w stanie wybaczyć Lucasowi prawie wszystko.

 

4. Star Trek (1993); a konkretniej ST III: The Search for Spock.
Studia, filologia klasyczna na UJ. Wróciłam do rodziców na weekend. Mój brat, wówczas lat 11, nauczył się jakiś czas wcześniej obsługiwać mangetowid i radośnie oświadczył, że nagrał mi jakiś film, ale bez samego początku i nie bardzo wie, co to takiego. Zaczynało się od mgły i głosów i dialogu, z którego za cholerę nic nie rozumiałam, bo odnosiły się do wydarzeń w poprzedniej części, której nie widziałam. Dopiero widok statku kosmicznego pozwolił mi skojarzyć, co to w ogóle jest za film ;)
Uczciwie nie potrafię powiedzieć, co mnie tak strasznie w tym marnym przecież filmie ruszyło. Nie wiem; nie rozumiem. Wiem tylko, że obejrzałam go (i oryginalny serial, i wszystkie poprzednie i późniejsze filmy z serii) od tamtego czasu kilkanaście razy. W pewnym momencie już myślałam, że mi przeszło -  dopóki ostatnio w kinie na nowym Star Treku nie piszczałam z radości prawie jak nastolatki na Zmierzchu... 

 

3. Stargate (2008). Konkretniej: SG-1
Tak, 2008, 35 lat. Sama jestem zszokowana. Nie lubiłam filmu Emmericha z Kurtem Russelem i Jamesem Spaderem. Obejrzałam dość przypadkiem na AXN jeden, potem drugi, potem jakiś następny odcinek serialu... i nagle zauważyłam, że sprawdzam w TV, kiedy będzie następny... A potem zaczęłam oglądać regularnie i okazało się, że całość jest o wiele, wiele, wiele większa niż suma elementów...  

 

2. JRR Tolkien (1986). Konkretniej: Władca pierścieni.
Wiedziałam, że się w tej książce zakocham, od kiedy mając 9 lat przeczytałam o niej artykuł w jakimś Na przełaj czy innym Świecie młodych. Następne lata zajęła mi próba zdobycia książki - zdobyłam w końcu, w jakiejś 7 klasie, III tom... Zakochałam się i do dziś mi nie przeszło.

 

1. CS Friedman (2002). Konkreniej: The Crown of Shadows, III tom The Coldfire Trilogy
III tom, dostany przypadkiem od koleżanki, która pracowała w agencji literackiej, leżał u mnie w domu od roku 2000. Wzięłam go dwa lata później na drogę do Warszawy, kiedy dramatycznie nie miałam pieniędzy i jechałam pospiesznym na trasie Bielsko-Biała - Warszawa. Jechałam spotkać się z przyjaciółką - ale kiedy dojeżdżałam do Warszawy, chciałam już tylko zostać jeszcze dłużej w tym pociągu i czytać, czytać, czytać... Pamiętam do dziś, dokładnie, zdanie, po którym podniosłam wzrok znad książki i dotarło do mnie, że się zakochałam (amerykańskie I wydanie, hardcover, s. 65, szósty paragraf)... 

 



Dodatek: Radiohead
Oksford, skądinąd rodzinne miasto pp. muzyków z Radiohead. Rok 2001, jestem na studiach podyplomowych. Do koleżanki przyjeżdża koleżanka i puszcza muzykę z kasety: mieszankę utworów z Kid A i OK Computer. Pamiętam jak dziś: siedzę na podłodze ze szklaneczką wina, słucham Airbag po raz pierwszy w życiu i dociera do mnie, że będę chciała tej muzyki posłuchać jeszcze raz, bo jak tylko ją w pełni ogarnę, to będzie to coś, w czym się zakocham. To był koniec słuchania w kółko starych ulubionych piosenek i początek nowej fazy fascynacji muzyką.

czwartek, 21 maja 2009, ninedin