|
|
Blog > Komentarze do wpisu
Klasyka horroru
Zainspirowana przez listę na horrorstory, pozwalam sobie na ułożenie własnej. Lista generalnie zawiera dwa typy tekstów: moje ulubione oraz te, które uważam za najważniejsze. Ulubione zaznaczone gwiazdką.Układ, jak u cedro, plus minus chronologiczny. Staram się pomijać teksty z elementami horroru, które należą bardzo wyraźnie do innych gatunków (IMHO I am Legend R. Mathesona to raczej SF niż horror). i nie żebym ja była jakimś specjalnym znawcą horroru, albo koneserem... widać zresztą, bo spora część tej listy to jednak szacowna, prawie- i ponadstuletnia klasyka...
*Matthew Gregory Lewis, The Monk (Mnich) Clive Barker, The Book of Blood (Księga krwi)
niedziela, 02 sierpnia 2009, ninedin
Komentarze
2009/08/02 17:46:35
a propos klasyki gatunku: bo ja jestem, niestety, belfer i filolog, i zawsze się we mnie odzywa takie poczucie, że trzeba znać... Frankenstein nudny jest jak mało co, sam w sobie - ale daje nieskończenie fascynujące możliwości przerabiania...
Wilsona pamiętam z czasów licealnych i pamiętam, że mnie wtedy zafascynował ... :) CD komentarzy nastąpi później :) 2009/08/03 09:34:47
@cedroo: Jesteś pozytywnie nastawiony do It, bo nie znasz? I cały świat ma czekać (np. z blogonotami) aż zrealizujesz swoje pozytywne nastawienie -- w lekturze? To jakiś horror ;)
Większość Kingów nie robi na mnie wrażenia (jakiś jestem Kingo-odporny,choć są wyjątki, np. Smętarz...), ale It -- tak, myślałem dotąd, że jestem jakoś odosobniony w poważaniu Tego, a tu proszę bardzo. @ninedin: to "niestety" przy Carmilli jakieś takie dwuznaczne :), pamiętam, że ta myszowata lektura była całkiem przyjemna (i taka hm, angielska, co do scenerii i personażu -- ich struktura jak ze Smolletta ;), choć była to nieco perwersyjna przyjemność (bardzo perwersyjną przyjemnością było czytanie Italczyka Ann Radcliff). Pamiętam też, że strasznie nie lubiłem ilustracji w pamiętnym polskim wydaniu, były takie spoilerowate ;) 2009/08/03 11:01:37
Biję się w piersi za to "niestety", bo mi wyszedł, jak panu b. premierowi, "skrót myślowy": chodziło mi o to, że od pewnego momentu, zwłaszcza w tanim kinie o wampirach, standardem, i to dość nudnawym, stała się wampirzyca uwodząca dziewczyny. Daje to pp. Autorom dzieła pretekst do pokazania paru soft-porno scenek z udziałem dwóch lub więcej pań (www.queerhorror.com/Qvamp/alllesbianMovies.html), a Carmilla uchodzi za oficjalną protoplastkę tychże pań. Nie żebym miała coś przeciwko a) wampirzycom, b) lesbijkom, c) wampirzycom-lesbijkom, w ogólności i w literaturze - byle (jeżeli są w literaturze/kinie) były dobrze napisane :).
Italczyk to rzeczywiście perwersyjna przyjemność, ale ja zdecydowanie lubię perwersyjne przyjemności... ;) a cedro, podejrzewam, robił aluzję do mojej absolutnej niezdolności do pisania bez spoilerów :P 2009/08/03 12:50:59
@"les-vampires"
A w True Blood jak dotąd (do końca sez. 1) -- ani sztuki. Za to w The L word (sez. 3) jest jedna ;), ale faked :) 2009/08/03 14:18:33
Fajnie, nameste, że wspominasz True Blood, bo mnie od pewnego czasu męczy idea okucia moich wrażeń z pierwszego sezonu w formie notki na blogu...
Co do motywu z Kingiem, to tak ninedin potwornie spojleruje a poza tym ma beznadziejną zdolność opisywania książek w taki sposób, że nawet jak je zrównuje z ziemią to ja mam potem ochotę zaraz biec do biblioteki i czytać, czytać, czytać... I jeszcze jedno: ninedin: fajna strona ta co to ją zalinkowałaś. 2009/08/03 14:59:28
@ nameste: True Blood widziałam na razie jeden odcinek...
Ja tak skądinąd (trochę offtopikowo) jestem po lekturze całej (!) Anity Blake, która mniej więcej od połowy powinna nazywać się Anita Blake, Królowa Seksu. Krótko mówiąc, Anita chodzi tam do łóżka z każdą nieomal osobą płci męskiej, jaka się nadarzy, w tym ze zdeklarowanymi homoseksualistami; nie zmienia to faktu, że złe wampirzyce zazwyczaj poznaje się tam po tym, że lecą i na facetów, i na kobiety... Nie polecam w sumie, poza tomami 1-4... 2009/10/11 22:28:57
Odnośnie Laurell K. Hamilton: "całej (!) Anity" - w polskiej czy angielskiej (ok. 17 części) wersji? "Królową seksu" raczej powinni nazwać Merry Gentry (też książki LKH).
"True Blood" - moim zdaniem książka zdecydowanie lepsza, poza tym cały pierwszy sezon, to mniej więcej pierwszy tom serii. Lista książek robi wrażenie, ale zawód tłumaczy wiele :) Pozdrawiam i zaczynam czytać wcześniejsze wpisy. 2009/11/25 19:05:02
Nie ma to jak odpowiadać na komentarze na własnym blogu po miesiącu... Biję się w piersi (jakoś Twój komentarz kompletnie przegapiłam) i przechodzę do meritum.
Tak, przeczytalam plus minus całą Hamilton (prawie całą Anitę, całą Merry, minus opowiadania o Anicie oraz te powieści, które L. H. pisała np. w świecie Star Treka :P), tyle że tak naprawdę zaczęłam jakieś osiem-dziesięć lat temu, kiedy zaczynałam w ogóle czytać paranormal romance (chyba zanim jeszcze to się oficjanie nazywało paranormal romance :P), ergo miałam sporo czasu na lekturę :). Pierwsze kilka tomów podobalo mi się bardzo - świat, postacie, sama Anita jako bohaterka, koncept (recenzowałam dwa pierwsze zresztą swego czasu dla Nowej Fantastyki). Hamilton zrobiła na mnie spore wrażenie umiejętnością łączenia gatunków - elementów horroru, romansu, czarnego kryminału, powieści obyczajowej dla kobiet... Apogeum mojej fascynacji Anitą było mniej więcej w okolicach "The Killing Dance" - i do dziś uważam, że to jest zdecydowanie udana książka. Potem zaczęłam mieć z "Anitą" problemy. Po pierwsze, przestałam ogarniać ilość postaci przywiązanych do/zakochanych w/chcących przespać się z Anitą. Po drugie, cała koncepcja ardeur wydaje mi się nieprzekonującym, deus-ex-machinowym sposobem na to, żeby Anita (która na tym etapie zaczynała, jak dla mnie, coraz bardziej stawać się Mary Sue) mogła iść do łóżka z dowolną ilością ślicznych -łaków- striptizerów. Po trzecie, ilość talentów, jakie w dodatku do swojej nekromacji Anita okazuje się posiadać, z nowymi w każdym niemal tomie (samica alfa wilkołaków, coś tam dla lampartołaków, ardeur, dwa (!) triumwiraty, umiejętność naznaczenia kogos jako sługi, jak wampir, elementy natury sukuba) - jak dla mnie, za duzo tego dobrego. To nie znaczy, że nie znajdowałam w późniejszych tomach cyklu Hamilton nic ciekawego - bardzo mi się podobała historia Jean-Claude'a i Ashera, za bardzo dobry thriller ciekawie wykorzystujący mitologię Mezoameryki uważam "Obsidian Butterfly" i autentycznie uwielbiam postać Edwarda. I tak, Anita to moja osobista guilty pleasure. Narzekam i narzekam, ale jakos prędziej czy póżniej siegam po kolejne tomy, chociaż już z coraz mniejszymi oczekiwaniami (stąd ten wykrzyknik po "całej Anicie" we wpisie :)). A propos królowej seksu. Nie przeszkadzają mi sceny erotyczne w literaturze, wręcz lubię je czytać, jeśli są dobrze napisane, tyle że u Hamilton wydaje mi się, że seks za dużo rozwiązuje i w związku z tym jest go za dużo, jak dla mnie. Na dodatek, dając Anicie ardeur, autorka "zwolniła ją" niejako z tego, co było ciekawym i ważnym elementem jej osobowości: z konieczności podjęcia decyzji, czego chce. Anita bez ardeur musiałaby zdecydować: chcę być wampirzą kochanką Jean-Claude'a, ludzką dziewczyną/wilczą królową Richarda, chcę iść do łóżka z tym, z tamtym, z nimi wszystkimi na raz - i ponieść konwekwencje. Anita taka, jak jest w ostatnich tomach, tych konwsekwencji w zasadzie nie ponosi - może i maa niby jakieś tam problemy, ale tłumaczy sobie "o, ardeur, potrzebuję mocy" i po problemie. "Anitę" lubiłam kiedyś bardzo, Merry Gentry - i jako postać, i jako cykl - jednak mniej, ergo mniej we mnie złośliwości wobec tej powieści i jej bohaterki :) Ale żeby było fair: nie znam jeszcze dwóch ostatnich powieści o Anicie. "Blood Noir" mam nawet w domu, ale jeszcze nie przeczytałam (jak przeczytam, to pewnie skomentuję :P) |
Po drugie, ani nawet niech ci się śni pisac o It Kinga, bo to jedyna powieść tego pisarza do jakiej jestem pozytywnie nastawiony i mam ochote ja przeczytać, ale jest tak idiotycznie gruba, że i tak nie dam rady... a jak napiszesz to znowu bedę siedział i myslał, że nie przeczytałem, a już tego dosyć mam.
Po trzecie, o kurde, a ta twierdza wilsona to naprawde dobra? bo ona u mnie na półce sobie dogorywa obok Smitha i nawet mi do głowy nie przyszło do niej zajrzeć :-)
Po czwarte, Koontza lubię za jedną ksiązke Tunel strachu, bo mnie w latach młodości przestraszyła dwa razy: raz jako film i dwa jako książka.... chociaz na początku wcale nie wiedziałem, że to jedna historia, bo ta powieść akurat bardzo rozbudowana w porównaniu do filmu.
Po piąte, a porpos Lovecrafta... to własnie wróciłem do eseju o nim autorstwa tego niemoralnego francuza ;-) A ten jego eseje się czyta jak powieść normalnie... zazdroszczę ludziom, którzy tak pisac potrafią .... ;)
Po szóstę, ja to w ogóle mam taki nieco ambiwalentny stosunek do tej KLASYKI gatunku, bo ona mnie zwyczajnie nudzi... A Frankenstein to już potwornie. bo dracula to jeszcze nawet, nawet...