Blog > Komentarze do wpisu
Klasyka horroru

Zainspirowana przez listę na horrorstory, pozwalam sobie na ułożenie własnej.


Instrukcja obsługi:

Lista generalnie zawiera dwa typy tekstów: moje ulubione oraz te, które uważam za najważniejsze. Ulubione zaznaczone gwiazdką.Układ, jak u cedro, plus minus chronologiczny. Staram się pomijać teksty z elementami horroru, które należą bardzo wyraźnie do innych gatunków (IMHO I am Legend R. Mathesona to raczej SF niż horror).

i nie żebym ja była jakimś specjalnym znawcą horroru, albo koneserem... widać zresztą, bo spora część tej listy to jednak szacowna, prawie- i ponadstuletnia klasyka...

 

*Matthew Gregory Lewis, The Monk (Mnich)
Cedro to już powiedział,  ale co tam, powtórzę: z jednej strony mamy tu wszystkie niemal klasyczne motywy pewnego typu horroru (takiego spod znaku niesamowitości raczej), z drugiej - widać, że autor przede wszystkim chce konkretnie przerazić swojego czytelnika... Poza tym bez tej powieści nie byłoby literatury gotyckiej, a bez niej - a bez niej to by w ogóle nic nie było, jak mawiał pewien facet, też prawie rodem z horroru...

Mary Shelley, Frankenstein
... który byłby też na analogicznej liście dla SF, bodaj jako jedyny; na liście SF byłby z powodu historii o sztucznym człowieku; na liście horrorowej - z powodu figury monstrum i - dość chyba charakterystycznej dla horroru - moralnej lekcji, jaką powinniśmy z lektury wyciągnąć. Ileż to razy później widzieliśmy w horrorach (literackich i filmowych) zgubne skutki igrania z naturą...

*Edgar Allan Poe, The Fall of the House of Usher (Zagłada domu Usherów)
...bo się jej UPIORNIE bałam, czytając to jako nastolatka... Poza tym, klasyka, tym razem z cyklu "przeklęte rody i nawiedzone domy".

Sheridan le Fanu, Carmilla
Niestety, na liście klasyki horroru musi się znaleźć pierwsza wampirzyca-lesbijka...

R. L. Stephenson, The Strange Case of Dr. Jekyll and Mr. Hyde (Dr. Jekyll and Mr. Hyde)
Znowu z racji klasyczności - i z racji tego, że choć było to sporo przed Freudem, tekst Stephensona antycypował jednak wszelkie horrory babrzące się w ponurych zakamarkach ludzkiej psychiki.

*O. Wilde, The Picture of Dorian Gray (Portret Doriana Graya)
Pewnie, że więcej tu metafory i zawoalowanego mówienia o sprawach niekoniecznie z horroru rodem - ale klasyczne opowiadanie Wilde'a łączy z horrorem nie tylko koncept upiornego portretu, ale i moralna lekcja, jaką daje czytelnikowi...


Bram Stoker, Dracula
Tak, to jest dość marna literacko powieść, podobnie jak Frankeinstein zresztą - i co z tego? Bez Draculi (i Draculi) w ogóle nie byłoby horroru, jaki dzisiaj znamy.

H. P. Lovecraft, The Call of Cthulhu (Zew Cthulhu)
Bezczelnie zacytuję samą siebię: to jest chyba najczęściej cytowany, poza może Tolkienem, autor w dzisiejszej fantastyce, może dlatego, że jego wizje potwornej, nieludzkiej inteligencji czającej się gdzieś między gwiazdami, okrutnej i obojętnej na ludzki los, gotowej zgnieść nas bez chwili zastanowienia, w jakiś dziwny sposób współgrają z lękami współczesnego człowieka...  

Ira Levin, Rosemary's Baby (Dziecko Rosemary)
A tu nic nie powiem, bo Cedro zrobił to lepiej...

Anne Rice, Interview with the Vampire (Wywiad z wampirem)
W fantastyce - nie tylko w horrorze - narobiła zamieszania na iście Tolkienowską skalę, zredefiniowała postać wampira, a do tego została matką-założycielką pasożytującego na horrorze gatunku paranormal romance. No, no... Aha, żeby było jasne: ja osobiście Rice nie lubię...

*Stephen King, The Shining (Lśnienie)
Nie wszyscy Kinga lubią (ja dość tak), ale jedno trzeba powiedzieć: wywindował horror na takie poziomy popularności i rozpoznawalności, jak bodaj nikt przed nim, a do tego - nadał mu pewną nową jakość, związując go z codziennym doświadczeniem małych, zwykłych amerykańskich miasteczek i ich zwyczajnych mieszkańców. Kilkakrotnie mierzył się z klasycznymi tematami horroru (wampiry w Miasteczku Salem, klątwa w Thinner); z tego wszystkiego wariacja nt. nawiedzonego domu wyszła mu najlepiej.

*Stephen
King, It (To)
.... czyli jak przerobić Tolkiena na horror o potworze. Obiecuję niedługo napisać więcej o tej książce.


*Stephen King, Misery
Książka o książkach, o pisaniu i o niebezpieczeństwach bycia pisarzem - a zarazem klaustrofobiczna historia o wariatce z siekierą, czyli kolejna Kingowska wariacja na klasyczny horrorowy temat. Dla mnie osobiście Annie Wilkes jest straszniejsza od Jasona z Freddym Krugerem do spółki.

F. Paul Wilson, The Keep (Twierdza)
Na pamiątkę pięknych dni z początku lat 90., kiedy to wychodziły w naszym kraju tanie, rozpadające się w oczach horrory. Większość z tego to był Masterton i jego gorsze klony, niestety - ale na tle tego wszystkiego opowieść Wilsona o nazistach w starej twierdzy na Bałkanach i czającym się tam pradawnym potworze była niezwykle pozytywnym zaskoczeniem.

Clive Barker, The Book of Blood (Księga krwi)
Trochę na wyrost. Uważam, że Barker jakoś ciągle nie może napisać tej genialnej książki, do stworzenia której ma wszelkie predyspozycje, ale jest tak odrębnym i tak oryginalnym głosem w horrorze, że jakieś miejsce mu się tu należy.


*Dean R. Koontz, Whispers (Szepty)
... bo udało się autorowi mnie tą - mocno wydumaną, przyznajmy- opowieścią o obłąkanych bliźniakach-mordercach dość konkretnie zaskoczyć. Koontza generalnie nie lubię, ale ta akurat jego powieść mnie zaintrygowała...

*John Marks, Fangland
... czyli jak napisać Draculę na nowo w czasach korporacji i terroryzmu. Pisałam o tej książce już kiedyś u siebie na blogu.

*Sarah Monette, "Elegy for the Demon Lover"
Chyba najlepszy jej tekst w ogóle, klimatyczna i nastrojowa opowieść o niemożliwej i zabójczej miłości. Niby nic oryginalnego, ale intryguje. 

*Kelly Link, "The Specialist's Hat" ("Kapelusz specjalisty") (do przeczytania online)
Też już kiedyś o niej pisałam, i się znowu powtórzę: od czasu Nawiedzonego domu na wzgórzu nie czytałam bardziej przejmującej przeróbki motywu nawiedzonego domu i straszniejszego (dla mnie osobiście) opowiadania o duchach...


I na pewno zapomniałam o 1000 00000 00000 różnych rzeczy, które chciałam tu umieścić...

Aha, Kathe Koja czeka na przeczytanie...

niedziela, 02 sierpnia 2009, ninedin
Komentarze
2009/08/02 16:51:44
Po pierwsze, chylę czoła przed Twoją listę, bo przy tej te moje 4 pozycje blado wypadają.
Po drugie, ani nawet niech ci się śni pisac o It Kinga, bo to jedyna powieść tego pisarza do jakiej jestem pozytywnie nastawiony i mam ochote ja przeczytać, ale jest tak idiotycznie gruba, że i tak nie dam rady... a jak napiszesz to znowu bedę siedział i myslał, że nie przeczytałem, a już tego dosyć mam.
Po trzecie, o kurde, a ta twierdza wilsona to naprawde dobra? bo ona u mnie na półce sobie dogorywa obok Smitha i nawet mi do głowy nie przyszło do niej zajrzeć :-)
Po czwarte, Koontza lubię za jedną ksiązke Tunel strachu, bo mnie w latach młodości przestraszyła dwa razy: raz jako film i dwa jako książka.... chociaz na początku wcale nie wiedziałem, że to jedna historia, bo ta powieść akurat bardzo rozbudowana w porównaniu do filmu.
Po piąte, a porpos Lovecrafta... to własnie wróciłem do eseju o nim autorstwa tego niemoralnego francuza ;-) A ten jego eseje się czyta jak powieść normalnie... zazdroszczę ludziom, którzy tak pisac potrafią .... ;)
Po szóstę, ja to w ogóle mam taki nieco ambiwalentny stosunek do tej KLASYKI gatunku, bo ona mnie zwyczajnie nudzi... A Frankenstein to już potwornie. bo dracula to jeszcze nawet, nawet...
-
2009/08/02 17:46:35
a propos klasyki gatunku: bo ja jestem, niestety, belfer i filolog, i zawsze się we mnie odzywa takie poczucie, że trzeba znać... Frankenstein nudny jest jak mało co, sam w sobie - ale daje nieskończenie fascynujące możliwości przerabiania...

Wilsona pamiętam z czasów licealnych i pamiętam, że mnie wtedy zafascynował ... :)


CD komentarzy nastąpi później :)
-
2009/08/03 09:34:47
@cedroo: Jesteś pozytywnie nastawiony do It, bo nie znasz? I cały świat ma czekać (np. z blogonotami) aż zrealizujesz swoje pozytywne nastawienie -- w lekturze? To jakiś horror ;)

Większość Kingów nie robi na mnie wrażenia (jakiś jestem Kingo-odporny,choć są wyjątki, np. Smętarz...), ale It -- tak, myślałem dotąd, że jestem jakoś odosobniony w poważaniu Tego, a tu proszę bardzo.

@ninedin: to "niestety" przy Carmilli jakieś takie dwuznaczne :), pamiętam, że ta myszowata lektura była całkiem przyjemna (i taka hm, angielska, co do scenerii i personażu -- ich struktura jak ze Smolletta ;), choć była to nieco perwersyjna przyjemność (bardzo perwersyjną przyjemnością było czytanie Italczyka Ann Radcliff). Pamiętam też, że strasznie nie lubiłem ilustracji w pamiętnym polskim wydaniu, były takie spoilerowate ;)
-
2009/08/03 11:01:37
Biję się w piersi za to "niestety", bo mi wyszedł, jak panu b. premierowi, "skrót myślowy": chodziło mi o to, że od pewnego momentu, zwłaszcza w tanim kinie o wampirach, standardem, i to dość nudnawym, stała się wampirzyca uwodząca dziewczyny. Daje to pp. Autorom dzieła pretekst do pokazania paru soft-porno scenek z udziałem dwóch lub więcej pań (www.queerhorror.com/Qvamp/alllesbianMovies.html), a Carmilla uchodzi za oficjalną protoplastkę tychże pań. Nie żebym miała coś przeciwko a) wampirzycom, b) lesbijkom, c) wampirzycom-lesbijkom, w ogólności i w literaturze - byle (jeżeli są w literaturze/kinie) były dobrze napisane :).

Italczyk to rzeczywiście perwersyjna przyjemność, ale ja zdecydowanie lubię perwersyjne przyjemności... ;)

a cedro, podejrzewam, robił aluzję do mojej absolutnej niezdolności do pisania bez spoilerów :P
-
2009/08/03 12:50:59
@"les-vampires"

A w True Blood jak dotąd (do końca sez. 1) -- ani sztuki. Za to w The L word (sez. 3) jest jedna ;), ale faked :)
-
2009/08/03 14:18:33
Fajnie, nameste, że wspominasz True Blood, bo mnie od pewnego czasu męczy idea okucia moich wrażeń z pierwszego sezonu w formie notki na blogu...
Co do motywu z Kingiem, to tak ninedin potwornie spojleruje a poza tym ma beznadziejną zdolność opisywania książek w taki sposób, że nawet jak je zrównuje z ziemią to ja mam potem ochotę zaraz biec do biblioteki i czytać, czytać, czytać...

I jeszcze jedno: ninedin: fajna strona ta co to ją zalinkowałaś.
-
2009/08/03 14:59:28
@ nameste: True Blood widziałam na razie jeden odcinek...

Ja tak skądinąd (trochę offtopikowo) jestem po lekturze całej (!) Anity Blake, która mniej więcej od połowy powinna nazywać się Anita Blake, Królowa Seksu. Krótko mówiąc, Anita chodzi tam do łóżka z każdą nieomal osobą płci męskiej, jaka się nadarzy, w tym ze zdeklarowanymi homoseksualistami; nie zmienia to faktu, że złe wampirzyce zazwyczaj poznaje się tam po tym, że lecą i na facetów, i na kobiety... Nie polecam w sumie, poza tomami 1-4...
-
2009/08/03 15:00:17
Aha, @ cedroo: no poświęcę się i nie napiszę chwilowo o tym Kingu...
-
2009/10/11 22:28:57
Odnośnie Laurell K. Hamilton: "całej (!) Anity" - w polskiej czy angielskiej (ok. 17 części) wersji? "Królową seksu" raczej powinni nazwać Merry Gentry (też książki LKH).
"True Blood" - moim zdaniem książka zdecydowanie lepsza, poza tym cały pierwszy sezon, to mniej więcej pierwszy tom serii.
Lista książek robi wrażenie, ale zawód tłumaczy wiele :)
Pozdrawiam i zaczynam czytać wcześniejsze wpisy.
-
2009/11/25 19:05:02
Nie ma to jak odpowiadać na komentarze na własnym blogu po miesiącu... Biję się w piersi (jakoś Twój komentarz kompletnie przegapiłam) i przechodzę do meritum.

Tak, przeczytalam plus minus całą Hamilton (prawie całą Anitę, całą Merry, minus opowiadania o Anicie oraz te powieści, które L. H. pisała np. w świecie Star Treka :P), tyle że tak naprawdę zaczęłam jakieś osiem-dziesięć lat temu, kiedy zaczynałam w ogóle czytać paranormal romance (chyba zanim jeszcze to się oficjanie nazywało paranormal romance :P), ergo miałam sporo czasu na lekturę :).

Pierwsze kilka tomów podobalo mi się bardzo - świat, postacie, sama Anita jako bohaterka, koncept (recenzowałam dwa pierwsze zresztą swego czasu dla Nowej Fantastyki). Hamilton zrobiła na mnie spore wrażenie umiejętnością łączenia gatunków - elementów horroru, romansu, czarnego kryminału, powieści obyczajowej dla kobiet... Apogeum mojej fascynacji Anitą było mniej więcej w okolicach "The Killing Dance" - i do dziś uważam, że to jest zdecydowanie udana książka.

Potem zaczęłam mieć z "Anitą" problemy. Po pierwsze, przestałam ogarniać ilość postaci przywiązanych do/zakochanych w/chcących przespać się z Anitą. Po drugie, cała koncepcja ardeur wydaje mi się nieprzekonującym, deus-ex-machinowym sposobem na to, żeby Anita (która na tym etapie zaczynała, jak dla mnie, coraz bardziej stawać się Mary Sue) mogła iść do łóżka z dowolną ilością ślicznych -łaków- striptizerów. Po trzecie, ilość talentów, jakie w dodatku do swojej nekromacji Anita okazuje się posiadać, z nowymi w każdym niemal tomie (samica alfa wilkołaków, coś tam dla lampartołaków, ardeur, dwa (!) triumwiraty, umiejętność naznaczenia kogos jako sługi, jak wampir, elementy natury sukuba) - jak dla mnie, za duzo tego dobrego. To nie znaczy, że nie znajdowałam w późniejszych tomach cyklu Hamilton nic ciekawego - bardzo mi się podobała historia Jean-Claude'a i Ashera, za bardzo dobry thriller ciekawie wykorzystujący mitologię Mezoameryki uważam "Obsidian Butterfly" i autentycznie uwielbiam postać Edwarda. I tak, Anita to moja osobista guilty pleasure. Narzekam i narzekam, ale jakos prędziej czy póżniej siegam po kolejne tomy, chociaż już z coraz mniejszymi oczekiwaniami (stąd ten wykrzyknik po "całej Anicie" we wpisie :)).

A propos królowej seksu. Nie przeszkadzają mi sceny erotyczne w literaturze, wręcz lubię je czytać, jeśli są dobrze napisane, tyle że u Hamilton wydaje mi się, że seks za dużo rozwiązuje i w związku z tym jest go za dużo, jak dla mnie. Na dodatek, dając Anicie ardeur, autorka "zwolniła ją" niejako z tego, co było ciekawym i ważnym elementem jej osobowości: z konieczności podjęcia decyzji, czego chce. Anita bez ardeur musiałaby zdecydować: chcę być wampirzą kochanką Jean-Claude'a, ludzką dziewczyną/wilczą królową Richarda, chcę iść do łóżka z tym, z tamtym, z nimi wszystkimi na raz - i ponieść konwekwencje. Anita taka, jak jest w ostatnich tomach, tych konwsekwencji w zasadzie nie ponosi - może i maa niby jakieś tam problemy, ale tłumaczy sobie "o, ardeur, potrzebuję mocy" i po problemie.
"Anitę" lubiłam kiedyś bardzo, Merry Gentry - i jako postać, i jako cykl - jednak mniej, ergo mniej we mnie złośliwości wobec tej powieści i jej bohaterki :)

Ale żeby było fair: nie znam jeszcze dwóch ostatnich powieści o Anicie. "Blood Noir" mam nawet w domu, ale jeszcze nie przeczytałam (jak przeczytam, to pewnie skomentuję :P)