Blog > Komentarze do wpisu
Reaktywacja i love stories

Jako że po pierwsze, w dyskusji na moim właściwym blogu allegra_walker napisała:

 

Cóż, kiedy w ogóle ciężko jest o dobre historie miłosne. Coś bardzo ładnego i innego niż u AS-a (błyskawice w czarnych oczach, zapach bzu i agrestu, nie możemy żyć ani z sobą, ani bez siebie) mamy u Huberatha w "Gnieździe światów" i "Ostanich, którzy wyszli z raju" - zwykła, nieefektowna miłość bez fajerwerków, czułość bez czułostkowości. Chyba jeszcze trudniejsza do opisania niż miłosne szały. (Nawiasem mówiąc - ile przekonujących opisów szczęśliwej miłości możemy znaleźć? Ułoży się chociaż pięciopunktową listę? ;-))

 

a po drugie, ja i canthre wdałyśmy się w debatę o homo- versus heteroseksualnych historiach miłosnych, postanowiłam reaktywować tego bloga i spróbować ułożyć tutaj trzy krótkie listy. Na tych listach są oczywiście PRZYKŁADY, bo na pewno o czymś/kimś ważnym zapomniałam :))

 

Lista nr 1 jest dla allegry_walker: i jest to moja prywatna, osobista lista takich (fantastycznych) historii miłosnych, które a) kończą się szczęśliwie, b) podobają mi się bez zastrzeżeń. Od razu dodam, że masz całkowitą rację, nie aż tak wiele jest takich... Kolejność przypadkowa.
PS. Z niefantastycznych musiałoby się zaczynać od Odyseusza i Penelopy :)

 

5. Andrys Tarrant i Narilka Lessing [Celia S. Friedman, The Coldfire Trilogy]: ani jedno z nich nie należy do moich ulubionych postaci, ale ich historia mi się podobała. Narilka miała wszelkie szanse na zostanie coldfire'owym odpowiednikiem Belli Swann, bo jest słodka i niewinna i mądra i dzielna i na dodatek zostaje otoczona specjalną opieką potężnego nieumarłego, w którym się w jakiś sposób zakochuje... ale potem (toutes proportions gardées, jak Eowina wybierająca Faramira) wybiera i obdarza uczuciem jego słabego, udręczonego, ale żywego i ludzkiego potomka, właśnie dlatego, że Andrys jest człowiekiem, że jej potrzebuje, a ona chce normalnie, jak człowiek, żyć, a nie być zabawką istoty nieskończenie od siebie potężniejszej, kogoś, komu nigdy nie będzie równa... Z niemal zupełnie nieznanej u nas powieści Friedman mogłabym jeszcze dorzucić Daetrina i Kiri, choć on jest wampirem, a ona - zmiennokształtną kosmitką :)

4. James i Lydia Asherowie [Barbara Hambly, Those Who Hunt the Night i Traveling with the Dead]. Ciekawe jest od razu to, że bohaterowie od początku są nawet nie romantyczną parą, a małżeństwem, i że rzadko, jeśli w ogóle, rozmawiają o swoich uczuciach - ale nie ma wątpliwości, jak bardzo są dla siebie ważni - i nigdy nie jest to widoczne tak bardzo, jak wtedy, kiedy oboje stają twarzą w twarz z pokusą...

3. Tyler Dupree i Diane Lawton [Robert Charles Wilson, Spin]. Matka Tylera jest służącą w domu Lawtonów, a Diane - niekochaną córką milionera i pełną kompleksów siostrą geniusza, szukającą sensu w życiu to w sektach, to w romansach, to w narkotykach... Tyler kocha ją od zawsze, cicho i bez ostentacji - i powolna, pozbawiona gwałtownych porywów emocji, histerii i "romantyczności" historia tego, jak ona dochodzi do zrozumienia i zaakceptowania tego faktu i odwzajemnienia jego uczuć, została przez Wilsona niezwykle subtelnie i inteligentnie wpleciona w jego skomplikowaną historię o Obcych i paradoksach czasowych.

2. Trochę oczywiste, ale co mi tam: Molly i Arthur Weasley [JK Rowling, Harry Potter], bo oboje są niezbyt młodym małżeństwem i parą w sumie dość zabawnych i zwyczajnych ludzików - ona niepiękna, a on żaden heros; do tego niewiele na pozór między nimi romantyzmu, a sporo - typowych zachowań zrzędliwej, znającej się od zawsze pary. A mimo to jest to jedna z najbardziej sympatycznych i prawdziwych historii miłości, jakie w powieści Rowling można znaleźć.

1. Cordelia Naismith i Aral Vorkosigan [L. McMaster Bujold] - jak to nie jest moja ulubiona autorka, tak ta historia dwójki trochę już przez życie pokopanych i nie do końca dopasowanych do siebie osób z różnych kultur była dla mnie wyjątkowo interesująca i przekonująca. Uwielbiałam tę serię, póki na świecie nie pojawił się Miles...   

PS. W ramach absolutnego wygłupu: Stalowy Szczur i Angelina... :P



Lista nr 2 jest dla canthre i jest to lista (fantastycznych) historii miłosnych, które rozgrywają się po bożemu między mężczyzną a kobietą i które mnie osobiście wydają się fascynujące i oryginalne i między interesującymi postaciami się dziejące. Niekoniecznie, dodajmy, mają one happy end... Dodajmy, że są to inne historie, niż te powyżej :)
Aha, pomijam Sapkowskiego, o którym obie mamy podobne zdanie... :)

 

5. Valerius i Alixana [Guy Gavriel Kay, Mozaika sarantyjska], bo Kayowi wyjątkowo, moim zdaniem, wyszła ta przeróbka historii Justyniana i Teodory. Jak go uwielbiam, jak na liście opisów najbardziej fascynujących literackich opisów przyjaźni byłoby kilka przykładów z jego książek, tak historie miłosne nie zawsze (nieczęsto?) mu wychodzą - ale ta (oraz Rodrigo i Miranda z Lwów Al-Rassanu i Brandin i Dianora z Tigany) to wyjątki...

4. Kapitan Will Laurence i admirał Jane Roland (Naomi Novik, Temeraire); umieszczam tu tę historię, bo jest ciekawa właśnie dlatego, że różni się od konwencjonalnej historii miłosnej w XIX-wiecznym stylu w sumie tylko drobnymi szczegółami. To Jane jest w tym związku stroną a) stojącą wyżej w hierarchii, b) bardziej konkretną i aktywną, a Will wybiera ją - babkę w swoim wieku, raczej przystojną niż śliczną, z blizną na twarzy - a nie piękną, młodziutką i czarującą Katherine Harcourt; oboje poza tym, że mają niezobowiązujący w sumie, jak im się na początku wydaje, romans, to się raczej lubią i rozumieją niż romantycznie wielbią - jest, słowem, ciekawie.

3. Wspomniani przeze mnie we wpisie o Kushner (a raczej w komentarzu) James Cobham i Susan Voigt [E. Bull, S. Brust, Freedom and Necessity]; okej, dla mnie dodatkowym funem jest - też milion razy wspominany już przeze mnie - fakt ich wystylizowania na główną parę bohaterów The Lymond Chronicles Dorothy Dunnett, ale i tak ci dwoje - on trochę histeryk, oddany raczej Sprawie (czytaj: demokracji) i przekonany, że nie powinien narażać żadnej kobiety na małżeństwo z aktywistą, ona pragmatyczna i konkretna i (mimo to?) zakochana - budzą, jako skazana na siebie i długo o tym nie wiedząca para, moją sporą sympatię, i furda, że się przyjaźnią z Fryderykiem Engelsem :P.

2. Brawne Lamia i Johnny Keats [Dan Simmons, Hyperion] - bo zaczyna się ich historia jak odwrócenie opowieści o detektywie z czarnego kryminału i pięknej klientce (tutaj to ona jest detektywem), po drodze staje się miłosną historią drogi, potem przeróbką dziejów Johna Keatsa i Fanny Brawne, a na końcu - opowieścią o rodzicach nowej zbawicielki świata... Poza tym chyba nie ma gatunku, w który romans wpisywałoby się gorzej, niż w space operę - a Simmonsowi się udało...

1. I na koniec, coś między pastiszem a parodią, zabawą konwencją a opisem emocji: Westley i Buttercup z self-proclaimed "najważniejszej historii miłosnej świata" [W. Goldman, Narzeczona księcia]

 

A lista nr 3 jest dla mnie i jest wariantem nt. listy 1, tyle że obejmującym także i historie niekoniecznie hetero i niekoniecznie z happy endem, ale za to zdecydowanie moje ulubione... I jeszcze żeby się nie powtarzały z poprzednimi...

5. Alec Campion i Richard St.Vierre, od których się cała moja debata z canthre zaczęła - a dlaczego, to już wyjaśniłam w komentarzu do notki o The Priviledge of the Sword.

4. I jeszcze raz będzie para niemieszana: Vincent i Michelangelo z Carnival Elizabeth Bear, bo Bear się udało bardzo inteligentnie i ciekawie opisać historię dwóch osób, którym bardzo na sobie zależy, ale które są już dość dorosłe i dość doświadczone przez życie, by wiedzieć, że czasami są rzeczy ważniejsze nawet od Wielkiej Miłości i zobowiązania, których nawet mimo tejże trzeba dotrzymać - a zarazem, że to tej miłości nie unieważnia i nie pomniejsza. To jest, pod tym akurat względem, najbardziej antytwilightowa historia miłosna wszechczasów :))

3. Severus Snape i Lily Potter, bo tu nie było żadnej historii, bo jakoś tam można było ją podejrzewać od samego początku, a zarazem - bo to uczucie wpłynęło na całość postępowania tego akurat, skądinąd nie aż tak miłego memu sercu, bohatera.

2. Lady Jessica i książę Leto Atryda [F. Herbert, Diuna], a to dlatego, że uczucie do (prędko zmarłego) męża motywuje w zasadzie całe jej postępowanie i - przy całej jej niezależności - definiuje ją jako osobowość.

1. Daniel Dreiberg i Laurie Jusperczyk [Alan Moore, Watchmen], bo to jest historia o tym, że tylko miłość ocala, opowiedziana bez patosu i bez histerycznej podniosłości.

 

Dodam na marginesie, ku moejmu lekkiemu zdziwieniu, że nigdy jak dotąd się nad tym nie zastanawiałam, ale nie znam w fantastyce chyba ani jednej przekonująco napisanej historii romansu między dwiema paniami, która byłaby przy tym ważna i znacząca dla akcji...

środa, 11 listopada 2009, ninedin
Komentarze
2009/11/11 00:33:57
Ha! Długośmy na ten dzień czekali - ale było warto.
-
2009/11/11 08:15:54
Dziękuję, reaktywacja była z Twojej inspiracji :))
-
2009/11/11 09:18:29
Naprawdę mało jest w fantastyce fajnych historii miłosnych. Myślałem, myślałem i wymyśliłem Vanye i Morgaine. Potem jeszcze się zamyśliłem i przypomniałem sobie Orlando Gardinera i Sam Fredericks (to przyjaźń, miłość, chyba jedno i drugie?).
Stalowy Szczur, o rany :)
-
2009/11/11 11:00:14
Heh, ta ostatnia to rzeczywiście jest to :)). Ja tego typu historie lubię chyba najbardziej :).

U Eddingsa by się trochę fajnych love stories znalazło (Garion i Ce'Nedra, wbrew pozorom, ze względu na komiczne i humorystyczne aspekty tej historii), ale mnie niestety czasami irytuje jego maniera kończenia każdego, ale to każdego romansu happy endem i ślubem :)
-
2009/11/11 12:41:05
Eddingsa love stories irytują nawet częściej niż czasem :)
Ale mam coś fajnego i w sam raz dla mnie - Lorq Von Ray i Ruby Red. Miłość w bardzo nieszczęśliwym wydaniu. Znowu wspominam Novą Delany'ego, ale to bardzo ważna dla mnie książka. Bardzo.
-
2009/11/11 12:56:54
Wiesz co, przez ciebie będę musiała do tej książki wrócić, bo ją czytałam dawno i słabo pamiętam; szykuję za to chwilowo wpis (na normalnym blogu) o Babel 17, trochę z okazji polskiego wznowienia, a trochę z okazji tego, że postanowiłam sobie Delaneya poczytać jeszcze raz ;)
-
2009/11/11 19:25:12
Dokładnie jak w przysłowiu: mówię, i mam.
Rety, jak ja mogłam o Kayu zapomnieć? Tiganę uwielbiam, głównie za ten związek (do końca trzymałam kciuki, że jednak im się uda coś na kształt happy endu).
A za listę dziękuję :)
-
2009/11/17 12:28:22
Dziękuję, dziękuję, że nie dałaś Historii Belli i Edwarda, albo Stefano i Elleny.... Dziękuję!!
-
2009/11/18 23:37:07
@hasita86: Bo ja mam lat prawie 40... nie ten target, nie ta demografia :P.
A gdybym już koniecznie chciała mieć na tej liście historię miłosną jakoś tam w stylu pomysłów pp. Meyer i LJ Smith (skazani na siebie i kochający się wbrew wszystkiemu, przeznaczeni sobie i połączeni, mimo przeciwności losu, miłością tragiczną i mocniejszą niż śmierć), to szukałabym raczej w okolicach kolejnych przeróbek dziejów Tristana i Izoldy albo Siegmunda i Sieglindy - i pewnie znowu by się skończyło na Sapkowskim i Maladie... :P
-
2009/11/19 10:42:28
To ja mam zamówienie :P zrób też taką listę dla mnie :)