Blog > Komentarze do wpisu
To lubię - muzyka (1)

Dawno, dawno temu moja przyjaciółka Drakaina napisała wpis o historii swojej fascynacji operą i o swoich ulubionych w historii opery fragmentach. Zainspirowana nim - dopiero dzisiaj, bo dwa lata zajęło mi, tak naprawdę, poznawanie opery na tyle, żebym mogła powiedzieć, że mam w niej swoje ulubione fragmenty - dawno postanowiłam napisać swój. I piszę, dzisiaj. W odcinkach.

W odcinkach, no bo - no cóż, najpierw zrobiłam Założenia Teoretyczne (top 10 lub najwyżej 15, nie więcej niż trzy fragmenty z jednego dzieła, raczej te śpiewane niż uwertury etc. etc.), a potem się zorientowałam, że to się nie da. Ergo, zamiast piętnastki będą... dwie ponadpiętnastki. Tzn. ponadpiętnastka (a w sumie - oczko) oraz osobna ponadpiętnastka z Mozarta.  

Najpierw - ponadpiętnastka niemozartowa. Autorka zestawienia uprzejmie przypomina, że są tu jej ulubione, a nie Najlepsze w Historii (i utwory, i wykonania) oraz że tak, sporo z tego to oczywistości. Kolejność plus minus chronologiczna.

I jeszcze raz: ja się nie znam. Jestem kompletną amatorką, operą interesującą się od dwóch lat. Proszę o łagodny wymiar kary.

 

1. Claudio Monteverdi, Koronacja Poppei, "Amici, e giunta..." (1642-43), czyli scena śmierci Seneki w Koronacji Poppei. Operowa muzyka barokowa była dla mnie tak naprawdę najtrudniejsza do zaakceptowania: (auto)edukację muzyczną zaczęłam od rocka, muzyki alternatywnej i elektroniki, niekoniecznie mainstreamowych, ergo poradzić sobie z wiekiem XX było mi łatwiej, niż z XVII. Zeszłoroczny wyjazd na konferencję operową do Pobierowa okazał się o tyle przełomowy, że było tam paru mądrych ludzi, którzy mi pewne rzeczy przystępnie wyjaśnili - a wspólne oglądanie fragmentów Koronacji Poppei było rzeczywiście rewelacją.   

 



 

2. Henry Purcell, Dydona i Eneasz, "Fear no danger" (1688). No właśnie nie przepiękny skądinąd lament Dydony przed śmiercią, tylko ta scena, w której służące zapewniają Dydonę, że Eneasz ją kocha. Może dlatego, że - jakkolwiek nieszczęsne zamiłowanie do patosu mam chyba wrodzone - generalnie wolę komedię od tragedii. Tu może nie komicznie, ale przynajmniej romansowo.  

 



 

3. G. F. Haendel, Rinaldo, "Lascia ch'io pianga" (1711). Z racji swojej oczywistości dość nie wymaga komentarza, bo powiedzenie, że wyciska łzy z oczu, to trochę jakby, no, banał. W wykonaniu Cecilii Bartoli, choć zastanawiałam się też nad Tuvą Semmingsen.  

 



 

4. J. W. Gluck, Orfeusz i Eurydyka, "Che faro senza Euridice" (1762). To był z kolei pierwszy z "dawnych" fragmentów, który mnie złapał za serce. Filmik nie na temat, ale wykonanie świetne.

 



 

5. Gioacchino Rossini, Cyrulik sewilski, "Largo al factotum" (1816). Zaczyna się - i akurat z tej opery będzie sporo. Cóż mogę powiedzieć? Uwielbiam romansowe komedie, choć głównie w operze...  

 



 

6. Gioacchino Rossini, Cyrulik sewilski, "Una voce poco fa" (1816), czyli ciąg dalszy Cyrulika. Wykonanie Joyce di Donato, która jest ostatnio moim numerem 1, jak chodzi o tę arię.

 



 

7. Gioacchino Rossini, Cyrulik sewilski, (1816), "La calunnia è un venticello" (1816), czyli chyba mój ulubiony fragment tej opery - porażająco efektowny i nieodmiennie zabawny. Tu Ruggero Raimondi, ale nigdy nie umiem zdecydować, które jest moje ulubione wykonanie. 

 



 

8. Gioacchino Rossini, La gazza ladra, uwertura (1817). Nie, nie tylko za Jima M. jako królową.

 


 

9. Vincenzo Bellini, Norma, "Casta diva" (1831), jakże oryginalnie. Skądinąd, to jest ta aria, przy której jestem najbardziej kapryśna i akceptuję strasznie mało nagrań - w zasadzie głównie Marię Callas i to poniżej, Leontyne Price. 

 



 

10. Gaetano Donizetti, Napój miłosny, "Udite... udite" (1832), czyli tu zdecydowanie komicznie, a nie lirycznie. Winna jest po części zapewne moja słabość do opowieści o nieudacznych szarlatanach... 

 



 

11. Giuseppe Verdi, Rigoletto, "La donna è mobile" (1851), niech będzie hit wszechczasów (no, jeden z). Skądinąd: jeden z tych tekstów, które brzmią kompletnie inaczej w oderwaniu,a kompletnie inaczej w kontekście (bo jak ktoś tu jest mobile w tej bajce, to na pewno nie la donna - la donna jest wręcz śmiertelnie lojalna).     

 



 

12. Charles Gounod, Faust, "Le veau d'or" (1859). Fausta albo słucham w kółko, albo wcale (ostatnio raczej wcale), ale ten jeden fragment rzadko schodzi z mojej playlisty. 

 



 

13. Richard Wagner, Tannhäuser, uwertura (1845). Zaczyna się. Za chwilę nikt mi mnie uwierzy, że wolę komedię od tragedii. Uwaga na małe przestawienie chronologii, żeby wszystkie utwory Wagnera były obok siebie. 

 



 

14. Richard Wagner, Lohengrin, "In fernem Land" (1850). Już kiedyś coś o tym pisałam.  

 



 

15. Richard Wagner, Złoto Renu, 2 scena, czyli pojawienie się Wotana et consortes na scenie. Nagranie niestety nie od początku tej sceny, ale nie można (przynajmniej na youtubie) mieć wszystkiego...

 

 

 

16. Richard Wagner, Złoto Renu, finał (1869). Nie wiem, czy nie mój ulubiony fragment twórczości Wagnera w ogóle.

 



 

17. Richard Wagner, Walkiria, "Winterstürme wichen dem Wonnemond" (1846), czyli Wagner bardziej liryczny. Nagranie koncertowe i tylko fragmentu (wolałabym całą tę scenę, ale na to musiałabym poczekać, aż spektakl Lepange'a z MET z 2011 ukaże się na DVD).



 

18. Richard Wagner, Zmierzch bogów, "Siegfrieds Rheinfahrt" (1876), raczej to niż finał. No, może konkurencją byłby pogrzebowy marsz Zygfryda.

 



 

19. Georges Bizet, Carmen, "Je vais danser en votre honneur" (1875). A właśnie nie któryś z tych najsłynniejszych fragmentów (na moje osobiste wyczucie, w pierwszej trójce operowych hitów wszechczasów - w sensie rozpoznawalności przez tzw. zwykłego człowieka - byłyby dwie arie z Carmen + La Donna è mobile), tylko ten dramatyczny w sumie duet z końcówki II aktu.

 



 

20. Antonin Dvořák, Rusałka, "Měsíčku na nebi hlubokém" (1901). Ostatnio u mnie osobiście zajmuje miejsce, okupowane przez lata (gruuuuubo przed moim zainteresowaniem się operą) przez Pieśń Solveigi Griega; służy, mianowicie, do wywoływania wzruszenia. I działa niezawodnie.  

 



 

I na koniec, na sam finał,

 

21. Kurt Weill, Opera za trzy grosze, "Moritat von Mackie Messer" (1928). Momentami bliżej jazzu i musicalu, ale niech będzie, jako mocny akcent końcowy - bo tego utworu mogę słuchać w kółko i od lat. 

 

 



 

 

Niedługo będzie ponadpiętnastka z Mozarta.



sobota, 07 kwietnia 2012, ninedin

Polecane wpisy

  • Mój mały prywatny kanon polskiej fantastyki

    Nieobiektywny, prywatny i w żaden sposób nie roszczący sobie pretensji do bycia znaczącym kanon polskiej fantastyki, jaki mi się ułożył. Uwaga, mam zaległości l

  • Liebster award i małe oszustwo

    Było tak: dawno, dawno temu wyzwałam Liebster-awardowo Drakainę. Drakaina odpowiedziała teraz. I zasugerowała, że może bym też odpowiedziała. Ponieważ lubię tak

  • Kinky lista obiektów uczuć

    Ponieważ blox nie miał ochoty pozwolić mi na za długi wpis, pozwalam sobie reaktywować ten blog (po raz kolejny) i uzupełnić notkę o kinky zakochaniach o niedy

Komentarze
drakaina
2012/04/14 02:44:09
W kwestii Weilla polecam poszukanie na YT niejakiej Giseli May - trochę zapomnianej (bo "dedeerowska"?) wokalistki, która jest dla mnie niewątpliwie jednym z ważnych dźwięków dzieciństwa, ale po jej niedawnym przesłuchaniu na nowo mogę z pełną świadomością stwierdzić, że jest naprawdę świetna.

Nawiasem mówiąc, urodzinowo zamierzam sobie zrobić listę aktualnie ulubionych kawałków operowych, ale ja to będę chyba musiała Wagnera potraktować tak jak ty Mozarta... A jak tak dalej pójdzie, to Wagnera i Haendla ;)