Kategorie: Wszystkie | Muzyka
RSS
środa, 31 grudnia 2014
Mój mały prywatny kanon polskiej fantastyki

Nieobiektywny, prywatny i w żaden sposób nie roszczący sobie pretensji do bycia znaczącym kanon polskiej fantastyki, jaki mi się ułożył. Uwaga, mam zaległości lekturowe i Anny Brzezińskiej nie ma, bo nie czytałam Anny Brzezińskiej, a nie - bo nie lubię.

Układ przypadkowy, uwaga na mieszanie form i gatunków.

1. Stanisław Lem, "Dzienniki gwiazdowe".
Bo błyskotliwe, formalnie cholernie inteligentne, pomysłowe, bo... OK, czy ja mam dobrze w głowie? Próbuję uzasadnić, czemu mam w kanonie "Dzienniki gwiazdowe"? BO TAK.

2. Stanisław Lem, "Niezwyciężony", bo wyprzedził całe mnóstwo fantastycznych trendów i dał mi jak mało co do myślenia.

2a. Żeby już nie zmieniać numerków: "Głowa Kasandry" Marka Baranieckiego, zapamiętana z czasów wczesnonastoletnich i przypomniana niedawno - nic się nie zestarzała.

3. Jacek Dukaj, "Inne pieśni:, bo uważam ten tekst - językowo, konstrukcyjnie, jak chodzi o pomysł, o inspiracje naukowe (takie inne!), o stylistykę, o oryginalność - za najlepszą polską powieść fantastyczną. Spokojnie mieszczącą się przy tym w pierwszej - no, piątce - fantastyki światowej ostatnich 20 lat. 

4. Jacek Dukaj, "Lód", bo akurat do mnie trafia ten rodzaj literackiej gry, stylizacji, żonglowania tradycją. 

5. I jeszcze raz: Jacek Dukaj, "Szkoła", bo dostałam tym opowiadaniem w łeb jak mało czym w moim życiu czytelniczym te sto lat temu, kiedy się ukazało w NF.

6. Andrzej Sapkowski, "Ziarno prawdy"....

7. i Andrzej Sapkowski, "Mniejsze zło", bo oba są błyskotliwymi retellingami, obu mogłabym użyć jako encyklopedycznych przykładów na to, czym powinien być dobry retelling; oba są paradoksalne, pomysłowe, twórcze, zaskakujące - a to drugie, dodatkowo, chwyciło mnie za gardło.

8. Anna Kańtoch, "Czarne", bo mnie zaskoczyła, zaintrygowała i - co się nie codziennie zdarza polskim autorom - oczarowała stylem i tym, jak pisze. Oraz, bo zrobiła coś innego, coś niespodziewanego.

9. Wit Szostak, "Oberki do końca świata:, o ile to jest fantastyka. Za rytm frazy, za odwołanie do polskie tradycji ludowej - i to nie cepeliowskie, nie proste i przaśne, a pomysłowe i przejmujące.

11. Na jedenastym miejscu powinno być coś z polskiej fantastyki zdecydowanie rozrywkowej, takiej pisanej po to, że by się czytelnik dobrze bawił i poprawiał sobie nastrój. Chwilowo najbliżej jest Milena Wójtowicz, ale żeby dać cesarzowi (znaczy, klasykowi), co cesarskie, to wspomnę jeszcze, że jakbym miała mieć na liście coś Andrzeja Pilipiuka, to pewnie byłoby to to opowiadanie o Upiorze opery. 

12. i na dwunastym - autorzy i teksty, których pamiętam przez mgłę, bo piętnaście-dwadzieścia lat temu zrobili na mnie wrażenie. Powinnam sobie przypomnieć, bo pamiętam, ale ledwie-ledwie. Małgorzata Kondas i "Vertigo". Julia Nidecka i "Goniący za słońcem". Maciej Żerdziński, którego "Pancerniki stojące w granatowej wodzie" pamiętam bardziej z wrażenia, jakie na mnie zrobiły, niż z detali. 

 

Jakby się komuś chciało w komentarzach z niedowierzaniem zapytać "Ale gdzie... [tu wstaw autora/tytuł], chętnie odpowiem - możliwe, że odpowiem facepalmem z gatunku "jak mogłam zapomnieć", a możliwe, że zapytam: "A kto/co to jest?".


00:39, ninedin
Link Komentarze (3) »
piątek, 21 marca 2014
Liebster award i małe oszustwo

Było tak: dawno, dawno temu wyzwałam Liebster-awardowo Drakainę. Drakaina odpowiedziała teraz. I zasugerowała, że może bym też odpowiedziała. Ponieważ lubię takie zabawy, i ponieważ wolę odpowiadać na pytania blogowe niż robić to, co powinnam, i ponieważ spędziłam dzisiaj siedem godzin w środkach komunikacji.... to proszę bardzo, odpowiadam.

 

1. Napiłaś się przez przypadek krwi jakiegoś potężnego wampira, co dało ci niezwykłą moc magnetyzmu: przez parę godzin masz zdolność przekonania każdego człowieka do dowolnej rzeczy. Kogo i do czego przekonujesz? (możesz podróżować w czasie).

Oj, no tu się powinno napisać, że się przekonuje austriacką Akademię Sztuk Pięknych, żeby przyjęła Adolfa Hitlera na studia i dała mu szansę na inną karierę, tak? No więc jak już powiedziałam, jak przystoi każdej porządnej kandydatce na Miss, że zrobię wszystko dla pokoju na świecie, to może powiem tak: z czystego współczucia, po niedawnych lekturach, porozmawiałabym sobie - oj, porozmawiałabym! - z lekarzem księżniczki Charlotty na temat głodzenia ciężarnych kobiet i odmawiania im snu.
I, hmmm, Wiktoria może nie zostałaby przez to królową.  
Zawsze mogłabym jeszcze przekonać Rzymian, żeby kiedyś tam w republice nie dawali mieszkańcom Arpinum pełni praw obywatelskich, co uniemożliwiłoby następne pewnemu ich rodakowi zrobienie kariery publicznej. Pokolenia filologów klasycznych byłoby mi wdzięczne [hermetyczny dowcip, sorry] 

2. Możesz przenieść się w świat dowolnej powieści i zmienić w niej jeden (ale koniecznie istotny!) szczegół - w tym sensie istotny, że od pewnego momentu wszystko musi pójść inaczej. Gdzie lądujesz i co zmieniasz?

Zawsze bym się mogła wykpić odpowiedzią, że każę jednemu z bohaterów Lwów Al-Rassanu uwierzyć, że prywatne, osobiste lojalności są ważniejsze niż tożsamość i tradycja - co usunie moje ulubione, przejmujące, tragiczne i znienawidzone zakończenie. Ale to zbyt proste, niestety - zastanówmy się nad czymś bardziej zaskakującym.
OK. Anna Karenina.
Odebrałabym Annie wyrzuty sumienia i nie pozwoliła jej umrzeć. Za to umarłby Obłoński. I Wroński. I Lewin.

3. Możesz zaangażować kompozytora z dowolnej epoki do napisania opery wg dowolnej książki, filmu itd. Według czego piszesz libretto i dla kogo?

Operę seria. Z wszystkimi jej wyznacznikami. U kogoś w rodzaju Lully'ego raczej nawet niż Haendla. Według The Priviledge of the Sword Ellen Kushner. No tylko sobie wyobraźcie: feudalne, ale troszkę-prawie-jak-z Dumasa miasto, kasta zawodowych szermierzy, zbuntowana uniwersytecka dzielnica, polityczna intryga. Nastoletnia protagonistka, która chociaż to arystokratka z pochodzenia, musi zacząć pracować, a chociaż jest dziewczyną, ma zostać szermierzem. Jej szalony na pozór wuj-dekadent, starający się sterować polityką tak, żeby jakoś dało się żyć, nie tylko tym najbogatszym. Tajemniczy ślepy mistrz szermierki. Intryga. Polityka. I dyskretnie opowiedziana męsko-męska love story w centrum tego wszystkiego.
Widzicie ten potencjał, prawda?

4. Możesz sobie u dowolnego malarza z dowolnej epoki zamówić portret z dowolnym swoim fangirlingiem. Z kim się portretujesz i u kogo?

Chcem oczywiście glamorous siebie w wersji a la Winterhalter, gwiazdy w długich lśniących włosach, rozmarzone spojrzenie, alabastrowa cera. A nie, wróć, to by było dobre, jak miałam piętnaście lat i tak strasznie, strasznie, strasznie i nieosiągalnie chciałam być Piękna. Na co dzień i na dzisiaj poproszę jednak, anachronicznie, żeby Théodore Chassériau sportretował mnie jako Violet Hunter, proszącą Sherlocka Holmesa o przyjrzenie się złożonej jej propozycji pracy. 

22:57, ninedin
Link Komentarze (1) »
czwartek, 14 marca 2013
Kinky lista obiektów uczuć

Ponieważ blox nie miał ochoty pozwolić mi na za długi wpis, pozwalam sobie reaktywować ten blog (po raz kolejny) i uzupełnić notkę o kinky zakochaniach o niedyskretną listę ich obiektów.

 


 

spoilers. spoilers. spoilers. spoilers. spoilers. spoilers. spoilers. spoilers. 


Jedna uwaga: to nie jest lista fanowska, to nie jest lista fikcyjnych osób, które uwielbiam; to jest lista zakochań, a jaka jest różnica, to chyba trochę widać z linkowanej powyżej notki. Mam nadzieję. Całego mnóstwa moich ukochanych postaci z dzieł ukochanych autorów tu nie ma.

 

Oraz, na pewno o kimś zapomniałam.

Oraz, zestawienie przeze mnie postaci w parę nie oznacza (NIE OZNACZA), że widzę je jako parę w sensie romantycznym, że zakładam jakieś mniej lub bardziej UST między nimi; niekoniecznie; patrz: wpis główny.


PAST

OK, zacznijmy od listy osób, w których kochałam się dość szaleńczo dawno temu, a potem mi, jakoś tam, przeszło. Nie będzie ich wiele, bo ja jestem niestety stała w uczuciach, ale czułabym się źle, gdybym nieszczęśników pominęła :P.

1. Jan Skrzetuski (ale musicie zrozumieć, miałam 11 lat; dzisiaj go nie cierpię równie serdecznie, jak wszystkich pozostałych bohaterów Sienkiewicza (- Petroniusz może). W przypadku JS zakochałam się chyba przede wszystkim w fabule powieści, bo nie wiem, czy nie była to w sumie pierwsza taka romansowo-przygodowa historia na tak dużą skalę, jaką czytałam. Przeszło mi dość szybko i do tego stopnia, że nigdy potem nie łapnęłam się na fascynacją żadną inną postacią autora. 

2. Luke Skywalker (no, uwielbiam, ale dzisiaj mi do zakochania daleko; ale jak miałam 12 lat...). Pierwszy znak, że, niestety, Tajemnicza Przeszłość i (mniej lub bardziej) Straszne Przeznaczenie będą dla mnie bardzo, bardzo długo afrodyzjakami.  

3. Atos. No, patrz wyżej, Tajemnicza Przeszłość etc. Dopiero jak do mnie dotarło (a to było całkiem niedawno temu....), jakiejś to potwornej ZBRODNI dopuściła się przeciwko niemu żona, to mi przeszło (acz zła powinnam być na autora i konwencje, a nie na postać). Jak już mowa o Dumasie, Edmund Dantes vel hrabia Monte Christo jest gdzieś na pograniczu, kiedyś obiekt mojej szalonej miłości, dzisiaj głównie jednej z moich programowych OTP (Haydee, brońboże Mercedes, don't get me started on that).


PRESENT

No i tu będzie, przede wszystkim, przymiarka do rozliczenia idei zakochiwania się w relacjach, a nie w postaciach. Innymi słowy, formuła będzie następująca:

O POŁOWĘ MNIEJ BYŁABYM SIĘ ZAKOCHAŁA W ............... (a), GDYBY NIE FAKT, ŻE AUTOR(KA) ZWIĄZAŁ(A) GO/JĄ W TAKI ABSOLUTNIE FASCYNUJĄCY SPOSÓB Z ........... (b).

1.a) Gerald Tarrant, i b) Damien Vryce (C. S. Friedman, Coldfire), ale o tym już było co najmniej o jeden raz za dużo na moich rozmaitych blogach, prawda?

2. a) Alec Tremonontaine, i b) Richard St. Vier (Ellen Kushner, cykl o Riverside). To jest o tyle ciekawa para, że a) jedna z dość nielicznych na tej liście rzeczywistych par kochanków (o mocno skomplikowanej i niełatwej historii znajomości, że dorzucę), a zarazem - para postaci, w której całość, relacja to jest znacznie więcej, niż suma elementów. Alec jako bohater (też kiedyś o nim pisałam na tamtym blogu) jest często nieznośny, nie do lubienia, raczej do współczucia; Richard przy minimalnie innym potraktowaniu byłby czarnym charakterem niemalże a la Mr Teatime. Kushner udało się rewelacyjnie wręcz pokazać, jak dla potrzaskanej i pokopanej przez życie i własną psychikę osoby miłość drugiego człowieka może być shelter from the storm - nawet jeżeli ten drugi jest równie pokopany i potrzaskany, a miłość jest niełatwa, nie zawsze oczywista i generalnie nie zawsze jest tym, co nam się na pierwszy rzut oka z miłością kojarzy. Inną podobną, w sensie emocjonalnym, parą, są Vincent i Angelo w jednej z moich ukochanych książek, Carnival Elizabeth Bear, ale o nich też już kiedyś sporo napisałam.

3. a) Ammar ibh Khairan i b) Rodrigo Belmonte (Guy Gavriel Kay, The Lions of Al-Rassan). And so did Ser Rodrigo Belmonte, the Captain of Valledo, and the lord Ammar ibn Khairan of Aljais stand in the Courtyard of the Streams of Ragosa on a bright morning in autumn and look upon each other for the first time i Kay miał mnie kupioną. Wewnętrzna piętnastolatka nie mogła nie oszaleć dla tej mieszanki wojennego braterstwa, platonicznego niemal-zakochania ("Are you in love with this man?" she'd asked her husband once in Fezana that winter—more than half jealous, if truth were told. "I suppose I am, in a way," Rodrigo had replied after a moment. "Isn't it odd?"), intelektualnego porozumienia i cienia tragedii (i Strasznego Przeznaczenia), który od początku wisi nad bohaterami. Moje trochę bardziej dorosłe ja nie mogło się nie zakochać w fikcyjnych przeróbkach dwóch fascynujących mnie historycznych postaci (niech mi ktoś dobrze przerobi inną ulubioną postać, takiego np. Scypiona Afrykańskiego w kinie/literaturze, a też zakocham się natychmiast).  Kay zrobił mi to samo jeszcze parę razy, na pewno z 3 1/2 Waleriuszem i Aliksaną (Sarancjum; przy czym oboje zdecydowanie reprezentują mój typ 1) 3 3/4 mniej tragicznie z Bertanem i Blaisem (Arbonne), gdzie dodatkowo jest trzecia postać do tego teamu i tej relacji, Rudel, i ja nie mogłam uwierzyć, że na końcu nikt z nich nie umarł.

3. a) Dana Scully i b) Fox Mulder (no, wiadomo). Tutaj zdecydowanie zafascynowana byłam najpierw bohaterką, nawet moja dwudziestoletnia wersja widziała, że z Foxem Mulderem (oj, jak on jest blisko mojego typu 1, a jak ona jest niemal idealnym typem 2...) jest coś nie tak. No ale, oni razem - chyba w życiu nie miałam drugiej równiej mocnej OTP. Do dziś uważam, że ta para ma, jak dla mnie, jedną z najbardziej erotycznych scen na ekranie kina, ever

4. a) Sherlock Holmes i b) John Watson, w wersji Sherlockowej. Kolejny ciekawy casus, a to dlatego, że w Sherlocku Holmesie byłam po trochu zakochana, od kiedy skończyłam trzynaście lat. Tutaj dostałam w końcu to, czego wcześniej w tak oczywisty sposób nie widziałam w rozmaitych wersjach tej postaci: relację równego z równym (trzeba znać Holmesa w wersji z Brettem lepiej, niż ja wtedy, żeby docenić tam relację między postaciami), taką, bez której każdemu z bohaterów (świetnie do moich typów pasujących, skądinąd) byłby w życiu znacznie gorzej. Bo to I was so alone and I owe you so much z finału The Reichenbach Fall mógłby powiedzieć którykolwiek z nich.

5. a) Eric, b) Charles w X Men: First Class. Casus o tyle ciekawy, że a) STRASZNIE słabo znam wersje komiksowe, b) serdecznie nie cierpię Charlesa Xaviera w ogóle, a w wersji "dorosłej" w filmach w szczególności. Niemniej, zakochałam się tu konkretnie w tym, jak ta relacja i te postacie są napisane. Nie pamiętam, ale to chyba Rusty podsumowała ich genialnie, mówiąc, że to jest historia o dobrym człowieku, który ląduje po ciemnej stronie, i o człowieku płytkim i złym, w sumie, który ląduje po jasnej.

 

Poza tym, będą też pojedyncze osoby, w których się czuję zakochana bezparowo.

 

1. River Song, na przykład. Ją się chyba zwykle albo uwielbia, albo nienawidzi, ja mam to pierwsze ze sporą dawką dodatkowego zakochania w bohaterce. Ona świetnie wpisuje się w mój główny osobisty fetysz (brainy is the new sexy, oczywiście), do tego wpisuje się niestety w mój typ nr 1, a na ten jestem mało odporna. No i innuendo, wolę w sumie River od Jacka, jak o to chodzi.

2. Jak już jesteśmy przy imieniu i typie pierwszym, River Tam, czyli po raz kolejny bohaterka z Mrocznym Przeznaczeniem i Straszną Przeszłością. Tu nawet nie mam wykrętu, który mi się nasuwa przy poprzedniej, że chciałabym może raczej być nią - chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby być River Tam. 

3. Francis Crawford of Lymond (Dorothy Dunnett, The Lymond Chronicles). Typ pierwszy w wersji ekstremalnej, pisałam o nim na głównym blogu parę razy. I teraz tak: Lymond to jest moja miłość z gatunku tej, co wszystko wybaczy (w sensie: supermanizm, lekki marysuizm etc.), ale ja nie o tym chciałam, tylko o parach i o tym, czemu nagle romansujący z połową (świetnie napisanych!) postaci cyklu, a w skomplikowany sposób przyjaźniący się z\ drugą połową bohater jest u mnie obiektem uczuć samotnie. No bo tak: z jednej strony, autorka daje (w koooooońcu) bohaterowi parę, a ja tej pary serdecznie nie cierpię. Nieczęsto mi się to zdarza, teoretycznie postać powinna mi pasować idealnie, bo reprezentuje mój typ nr 2 w sposób niemal doskonały... a nie. NIE. Na dodatek, FCL to jest do tego drugi rzadki u mnie casus: rzadko mi się zdarza bawić się we własnej głowie w slashowanie postaci, a u Dunnett... no, tak. Bardzo tak. Ale nic więcej nie powiem.

4. Dziesiąty Doktor, blisko idealnego typu 1, genialny, tragiczny, czasami zgrywający błazna, żeby nie pokazać, jak mu źle i jaki zły mógłby być. Poza tym, że jestem zakochana w Doktorze, to także, nietypowo dla mnie (typowo dla fanek....), zakochana jestem w jego relacji z jedną inną postacią, reprezentującą ciemną stronę mojego typu 1, i doprawdy strasznie trudno zgadnąć, o kim mowa. A, jak mowa o ciemnej stronie typu 1, Loki Avengersowy mniej mojej miłości zawdzięcza faktowi, że gra go uroczy i znakomity aktor, a więcej - swojej mocno skomplikowanej relacji z przybraną rodziną.

5. ... i Sam Tyler (Life on Mars), blisko idealnego typu 2, porządny facet z zasadami z naszych czasów, który w roku mojego urodzenia okazuje się nie tylko gościem z innej planety, ale i kimś, kto się umie uczyć, nawet od osób tak nieznośnych, jak Gene Hunt.

6. Chyba zaczynam być zakochana w musicalowej (a jeszcze bardziej filmowo-musicalowej, niekoniecznie powieściowej) Eponinie z Nędzników, ale o tym gdzie indziej, bo muszę sobie myśli uporządkować.

7. W powieściowym Aragornie zakochana byłam od zawsze, ale tak to jest, jak się hoduje dziecko na opowieściach o królu Arturze, mamusiu.

8. Gdzieś na granicy jest też Tony Stark (Iron Man), typ 1 jak się patrzy.

9. Poza tym, chwilowo jestem zakochana jednocześnie w Samie Vimesie i lordzie Vetinarim, ale o tym to kiedy indziej.

10. Do mitologicznych (greckich) zakochań się nie przyznaję, o nie, nie, nie.

 

ALMOST

Najbardziej almost to jest chwilowo:

Captain Carrot: nie mam najmniejszych wątpliwości, że zakochałabym się w nim do imentu, za szlachetność i królewskość i normalność i w'ogle, gdybym książki o nim czytała jeszcze piętnaście lat temu. Dzisiaj pierwsza będę się rozpływać nad nim jako postacią (co zrobię, na pewno, w kolejnych obiecanych wpisach głównoblogowych), ale zakocham się prędzej w Samie Vimesie,  i to nie dlatego, że odczuwam głębokie pokrewieństwo duchowe z lady Sybil (minus pochodzenie, ja jestem robotniczo-chłopsko-drobnointeligencka).

Na marginesie: postać, która całkowicie świadomie nie da się kochać: Adrian Veidt (Watchmen), napisany, podejrzewam, dokładnie po to, żeby czytelników o mojej konstrukcji psychicznej (nie jestem nietypowa, wiem o tym doskonale) zmanipulować (Alan Moore jest geniuszem, ale chyba już mówiłam). Miałam wrażenie, że połowa emocji, jakie tekst Moore'a (i film Snydera) we mnie wywołały, wiązała się z tym, jak umiejętnie autor mnie wciągał w pułapkę, w poczucie, że powinnam Adrianowi, udręczonemu geniuszowi z misją, wybaczyć, skoro wybaczam  Tarrantom i St. Vierom tego świata. A nie. Nie. Ten moment, kiedy widzi się, że bezbrzeżna arogancja AV nie zna granic, że motywacja jego działania jest całkowicie egotyczna, że on nie ma, wbrew pozorom, zbyt wielkiego poczucia, że robi źle - to jest ten moment, kiedy wiem, że nie. Nie zakocham się, ba, nie wybaczę. Nie będę nawet współczuć w samotności, jedynej karze, jaka go czeka. 

 

OK. Osoba, która mi zasugeruje nieznaną mi postać, w której, po zapoznaniu się z nią, się zakocham, dostanie ode mnie osobiście upieczony tort i opowiadanie z dedykacją. Rzekłam.

17:20, ninedin
Link Komentarze (17) »
środa, 26 grudnia 2012
Lista z propozycjami

Rozmawiałam sobie z kimś ostatnio via facebook i wyszła z tej rozmowy propozycja listy. Listy książek do przeczytania dla kogoś, kto chwilowo nie ma pomysłu, co by tu poczytać. Bez szczegółów gatunkowych, bez wymagań co do formy - dziesięć książek, które mnie jakoś tam, kiedyś, uszczęśliwiły, wciągnęły, poprawiły nastrój i pozwoliły się uśmiechnąć. Nawet, jeżeli przez łzy.

Mala uwaga: wybieram zasadniczo rzeczy mające polskie przekłady i w miarę dostępne. Ograniczam się też, zasadniczo, do literatury pięknej i do prozy.

 

01. Dramatycznie: Guy Gavriel Kay, Lwy Al-Rassanu: moja ulubiona historia alternatywna, o ile można to tak nazwać: umieszczone w fikcyjnym świecie z magią przetworzenie jednego z najbardziej fascynujących zderzeń kulturowych w historii europejskiej cywilizacji. Plus świetnie napisana historia przyjaźni. I miłości. I konfliktu, z którego nie ma dobrego wyjścia.

02. Fantastycznie, bardziej science: Poleciłabym mój ukochany Spin Roberta Charlesa Wilsona, niesamowitą i znakomicie napisaną psychologiczną powieść SF o tym, co by się stało, gdyby Ziemię zamknięto w kokonie, ale nie ma polskiego przekładu. W takim razie może Hyperion Dana Simmonsa: powieść SF o potworze oparta formalnie na Opowieściach kanterberyjskich, fabularnie na setkach różnych rzeczy, od Keatsa do czarnego kryminału przez mitologię, a przy tym wciągająca i inteligentna. 

03. Fantastycznie, bardziej fantasy: Smok Jego Królewskiej Mości Naomi Novik, czyli militarno-przygodowa napoleońska fantasy o smokach. Nie oszukujmy się, to jest lekkiem łatwe i przyjemne 

04. Kryminalnie: Związek żydowskich policjantów Michaela Chabona: opowieść o tym, co by było, gdyby państwo żydowskie powstało na Alasce (był taki plan). Plus mnóstwo dobrych, złych, głupich, inteligentnych, ortodoksyjnych, fanatycznych, rozsądnych i za dużo pijących Żydów. Plus trup, plus policja, plus historia bardzo smutnego prawie-mesjasza. Nie znam polskiego przekładu, oryginał jest na dodatek przepięknie napisany. 

05. Komicznie: Dobry Omen Neila Gaimana i Terry'ego Pratchetta, czyli opowieść o końcu świata, ośmioletnim Antychryście, diabłach, aniołach, ogarze piekielnym i czarownicach. I romansie. I o Anglikach. Przede wszystkim o Anglikach.

06. Dziecięco: Księga cmentarna Neila Gaimana, oparta fabularnie na Kiplingu (Księga dżungli, oczywiście) historia małego chłopczyka, wychowanego przez duchy.

07. Klasycznie: ja sama w ramach klasyki powtarzałam sobie ostatnio kroniki historyczne Szekspira, ale nie jestem pewna, czy polecam do poczytania tak dla przyjemności. Może lepiej polecę z klasyki (i to tym razem takiej z mojej półki zawodowej) Żywot Apoloniusza z Tiany Filostrata, dziwną historię o pogańskim świętym mężu. Chyba że czytelnik miałby ochotę na odrobinę dziennikarstwa śledczego i demaskowania sekt - wtedy sugeruję Lukiana i Aleksandra, albo rzekomego proroka.

08. Polsko: Inne pieśni Jacka Dukaja, moja ulubiona polska powieść fantastyczna ever. Oszałamiająco napisana szalona wizja świata,w którym inna fizyka sprawia, że wszystko jest - inne. Mnie olśniło bogactwem wyobraźni i pomysłowością oraz zaczarowało stylem.

09. Obyczajowo (i literacko): Opętanie AS Byatt, powieść o prawdziwej miłości i prawdziwie opisanej nauce z nieistniejącą poezją w tle.

10.  Historycznie-przygodowo: Lord John i sprawa osobista Diany Gabaldon, żadne arcydzieło - ot, historyczny gejowski romans kryminał z wątkami romansowymi w tle, ale wciągający, dobrze napisany i ciekawy. Książka na podróż albo na leniwe popołudnie z herbatką.

 

Osoba zamawiająca ten wpis pewnie czytała połowę z tego, albo wyobrażała sobie zupełnie inną (np. nie tylko polską...) listę - jakby co, poproszę o komentarz!

  

22:39, ninedin
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 08 kwietnia 2012
To lubię - muzyka (2)

Czyli tym razem piętnastka z Mozarta. To znaczy, piętnastka plus dziesiątka

Oczywiście, najłatwiej byłoby zacząć od jakiegoś linka do całości Wesela Figara. To jest absolutnie moja ulubiona opera, moja ulubiona muzyka, moje ulubione - no, nie mam słów. Z Don Giovannim  byłoby podobnie, choć może udałoby mi się z ciężkim westchnieniem wyciąć scenę pojedynku z samego początku i średnio skuteczne pocieszanie Anny przez don Ottavia... No ale, żadnego oszukiwania. Ulubione fragmenty operowe z twórczości Mozarta, razy piętnaście i w kolejności około-chronologicznej.

 


1. Il re pastore: (1775) "L'amerò, sarò costante". Aria Amintasa z młodzieńczej opery Mozarta. O libretcie Il re pastore pisałam kiedyś artykuł (ach, jakże oryginalnie, to się opiera na tysiąc siedemset dwadzieścia razy przetworzonej legendzie z życia Aleksandra), i od tego czasu ta aria jakoś mi została. 

 




2. Idomeneo (1780-81), "O smania, o furie.... D'Oreste, d' Aiace". I nie tylko dlatego, że ta dynamiczna i pełna szaleństwa aria przypisana jest tu mojej ulubionej mitologicznej bohaterce.

 




3. No, zaczyna się. Wesele Figara (1786). Mogłoby być wszystko po kolei, ale będzie w wyborze. Na początek, uwertura.

 




4. Wesele Figara (1786), "Se vuol' ballare signor contino": cavatina Figara, która jest o tym, jak zamierza udaremnić zakusy Hrabiego na Zuzannę - ale równie dobrze mogłaby być o gniewie ludu. Jakbym ją miała w tym zestawie na coś wymienić, to na duet z III aktu, "Sull'aria". A co mi tam, oszukam i wrzucę oba.

 



 




5. Wesele Figara (1786), "Non so piu"; spośród dwóch arii Cherubina zdecyduję się chyba, z ciężkim sercem, tę, bo - i muzycznie, i tekstowo - oddaje wręcz rewelacyjnie to,co się na pewnym etapie dzieje w, powiedzmy, głowach sporej części ludzkości, niezależnie od płci. Plus, genialna dwuznaczność faktu, że ex definitione kobieta gra chłopaka zakochanego we wszystkich kobietach świata. Z miliona ulubionych wykonań wybieram na chybił-trafił Joyce di Donato. 

 



 

6. Wesele Figara (1786), "Non piu andrai". To jest mój ulubiony fragment muzyki tzw. poważnej, ever. I tyle. Chciałam wrzucić w wersji, którą wykonuje Rene Papé, ale z niejasnych dla mnie powodów nie mogę jej znaleźć, ergo będzie mój osobisty second best (w tej konkretnej arii second znaczy, jako Figaro generalnie first). 

 





7. Wesele Figara (1786), "Susanna, or via sortite". Jest taka scena w - skądinąd na dłuższą metę dla mnie dziś rozczarowującym - Amadeuszu Formana, w której Mozart usiłuje przekonać cesarza do idei napisania opery według wywrotowej sztuki Beaumarchais i opowiada z zachwytem o tym, że będą ensemble zamiast recytatywów. No więc zgadzam się ze scenarzystą/autorem sztuki, który się każe Mozartowi tym chwalić. Z kilku ulubionych wybieram ten z aktu II, choć innego dnia pewnie bym się zdecydowała na sekstet z trzeciego aktu z rozpoznaniem Marcelliny i Bartola jako rodziców Figara. Uwaga: niekoniecznie przepadam za Dorotheą Röschmann jako Hrabiną, ale wrzucam to - nieznane mi wcześniej - nagranie, bo sama chcę posłuchać Mii Persson (która mi się bardzo podobała jako Zerlina) w roli Zuzanny. 

 



 

8. Wesele Figara (1786), "E Susanna non vien... Dove sono", czyli mój kolejny ukochany wyciskacz łez. Przy wszystkich innych fragmentach Wesela Figara mogę wybierać z mnóstwa ulubionych nagrań, a z tą arią jestem kapryśna: w zasadzie najbardziej lubię to jedno konkretne, poniżej. 

 




9. Wesele Figara (1786), "Aprite un po' quell' occhi", fantastyczny, pełen złości rant Figara w kwestii tego, że la donna è mobile i że fraitly, thy name is woman. Najzabawniejsze w tym wszystkim, oczywiście, jest to, że cała ta wściekła mowa jest kompletnie niepotrzebna, bo naprawdę trzeba być osłem, żeby w ewentualność, że Zuzanna zdradzi go z panem hrabią, uwierzyć - i wszyscy, poza Figarem, doskonale o tym wiedzą.  

 





10. Wesele Figara (1786), finał. Z mojego ulubionego, w sumie, spektaklu.

 




11. Don Giovanni (1787), uwertura, za to niewiarygodne przejście od nastroju grozy na początku do bardziej "dworskiej", bardziej pogodnej części drugiej. Wiem, banały.

 




12. Don Giovanni (1787), "Madamina, il catalogo è questo". Chyba bez komentarza, takie oczywiste. Z miliona ulubionych wykonań na chybił-trafił wybrany Kyle Ketelsen.

 



 

Ale w sumie czemu miałoby być tylko jedno? Z chyba ulubionego spektaklu (Ferrara 1997, dyr. C. Abbado), z którego tak w ogóle to chciałam tu rzucić finał, ale nigdzie w sieci go nie ma... choć tutaj jest, za to, całość!

 




13. Don Giovanni (1787), "La ci darem la mano". Brzmi zupełnie inaczej, jak się tego słucha poza kontekstem całości i jak się zapomni, że te wyznania miłości i plany na przyszłość wyśpiewuje nie bardzo chyba rozumiejącej, w co się wpakowała, młodej kokietce bezwzględny uwodziciel-zdobywca,a nie czuły kochanek z wyższych sfer...Simon Keenlyside (który nie tylko śpiewa, ale i gra, i wygląda w tej roli!) i wspomniana wcześniej Miah Persson. 

 




14. Don Giovanni (1787), "Or sai chi l'onore", czyli bardzo, bardzo wściekła Donna Anna. Nie taka wściekła, jak Elektra powyżej albo Królowa Nocy poniżej, ale prawie.

 




15. Don Giovanni (1787), "Batti, batti o bel Masetto", czyli ta aria Zerliny, która się powinna nazywać "Bo we mnie jest seks", mimo że zaczyna się od bicia. 

 




16. Don Giovanni (1787), "Oh, statua gentilissima", czyli ten fatalny błąd Don Giovanniego, za który on w końcu wyląduje w piekle (i ostrożność Leporella, dzięki której ujdzie cało). Ze spektaklu z Salzburga: Ildebrando D' Arcangelo i Thomas Hampson.

 





17. Don Giovanni (1787), finał.

 




18. Così fan tutte (1790), "In uomini, in soldati, sperare fedeltà?", czyli cała (ponoć) prawda o facetach. Zastanawiałam się ciężko, które z wykonań dac, i padło w końcu na to, którego ostatnio słucham najczęściej. 

 




19. Così fan tutte (1790), "Una donna a quindici anni", w wykonaniu Cecilii Bartoli.

 




20. Così fan tutte (1790), "È amore un ladroncello", czyli jedna z moich ukochanych melodii wszechczasów. Tutaj śpiewa Rinat Shahan, która mi się kiedyś bardzo spodobała jako Cherubino, a potem znalazłam to jej nagranie.

 



 

21. Czarodziejski flet (1791), "Der Vogelfänger bin ich ja". Niestety, będzie widać od razu, kto tu jest moją ulubioną postacią. 

 



 

22. Czarodziejski flet (1791), "Ein Mädchen oder Weibchen". No mówiłam. Moje zamiłowanie do komedii wygrywa, jak zawsze.

 




23. Czarodziejski flet (1791), "Die Weisheitslehre dieser Knaben...", czyli scena spotkania Tamina z kapłanem-strażnikiem. Tu akurat za dramatyzm. I tak naprawdę, powinna tu być jedna, konkretna wersja: ta z Rene Papèm i Jonasem Kaufmannem z płyty Sehnsucht tego ostatniego - tyle że online nie mogłam jej znaleźć. Ergo, trochę dla zabawy (choć, niestety, nagranie nie jest od samego początku) wersja anglojęzyczna, z filmu Kennetha Branagha The Magic Flute (Joseph Kaiser i wspomniany wcześniej Rene Papè)

 



   

24. Czarodziejski flet (1791), "Der Hölle Rache kocht in meinem Herzen". No oczywiste, ale jednak. Diana Damrau, co jest w ostatnich latach chyba dość oczywistym wyborem.  

 




25. Czarodziejski flet (1791), "Pa … pa … pa ...". I na koniec, ulubionej postaci ciąg dalszy. Może dlatego, że jak na romansowo-romantyczny duet, jest to dość pikantne i zabawne, żeby mnie nie znudzić :). I Terfel, i Miah Persson nie pierwszy raz na tej liście.

 

 

 

 

 

To by równie dobrze mogła być trzydziestka. Albo pięćdziesiątka, więc może lepiej skończę tutaj.


sobota, 07 kwietnia 2012
To lubię - muzyka (1)

Dawno, dawno temu moja przyjaciółka Drakaina napisała wpis o historii swojej fascynacji operą i o swoich ulubionych w historii opery fragmentach. Zainspirowana nim - dopiero dzisiaj, bo dwa lata zajęło mi, tak naprawdę, poznawanie opery na tyle, żebym mogła powiedzieć, że mam w niej swoje ulubione fragmenty - dawno postanowiłam napisać swój. I piszę, dzisiaj. W odcinkach.

W odcinkach, no bo - no cóż, najpierw zrobiłam Założenia Teoretyczne (top 10 lub najwyżej 15, nie więcej niż trzy fragmenty z jednego dzieła, raczej te śpiewane niż uwertury etc. etc.), a potem się zorientowałam, że to się nie da. Ergo, zamiast piętnastki będą... dwie ponadpiętnastki. Tzn. ponadpiętnastka (a w sumie - oczko) oraz osobna ponadpiętnastka z Mozarta.  

Najpierw - ponadpiętnastka niemozartowa. Autorka zestawienia uprzejmie przypomina, że są tu jej ulubione, a nie Najlepsze w Historii (i utwory, i wykonania) oraz że tak, sporo z tego to oczywistości. Kolejność plus minus chronologiczna.

I jeszcze raz: ja się nie znam. Jestem kompletną amatorką, operą interesującą się od dwóch lat. Proszę o łagodny wymiar kary.

 

1. Claudio Monteverdi, Koronacja Poppei, "Amici, e giunta..." (1642-43), czyli scena śmierci Seneki w Koronacji Poppei. Operowa muzyka barokowa była dla mnie tak naprawdę najtrudniejsza do zaakceptowania: (auto)edukację muzyczną zaczęłam od rocka, muzyki alternatywnej i elektroniki, niekoniecznie mainstreamowych, ergo poradzić sobie z wiekiem XX było mi łatwiej, niż z XVII. Zeszłoroczny wyjazd na konferencję operową do Pobierowa okazał się o tyle przełomowy, że było tam paru mądrych ludzi, którzy mi pewne rzeczy przystępnie wyjaśnili - a wspólne oglądanie fragmentów Koronacji Poppei było rzeczywiście rewelacją.   

 



 

2. Henry Purcell, Dydona i Eneasz, "Fear no danger" (1688). No właśnie nie przepiękny skądinąd lament Dydony przed śmiercią, tylko ta scena, w której służące zapewniają Dydonę, że Eneasz ją kocha. Może dlatego, że - jakkolwiek nieszczęsne zamiłowanie do patosu mam chyba wrodzone - generalnie wolę komedię od tragedii. Tu może nie komicznie, ale przynajmniej romansowo.  

 



 

3. G. F. Haendel, Rinaldo, "Lascia ch'io pianga" (1711). Z racji swojej oczywistości dość nie wymaga komentarza, bo powiedzenie, że wyciska łzy z oczu, to trochę jakby, no, banał. W wykonaniu Cecilii Bartoli, choć zastanawiałam się też nad Tuvą Semmingsen.  

 



 

4. J. W. Gluck, Orfeusz i Eurydyka, "Che faro senza Euridice" (1762). To był z kolei pierwszy z "dawnych" fragmentów, który mnie złapał za serce. Filmik nie na temat, ale wykonanie świetne.

 



 

5. Gioacchino Rossini, Cyrulik sewilski, "Largo al factotum" (1816). Zaczyna się - i akurat z tej opery będzie sporo. Cóż mogę powiedzieć? Uwielbiam romansowe komedie, choć głównie w operze...  

 



 

6. Gioacchino Rossini, Cyrulik sewilski, "Una voce poco fa" (1816), czyli ciąg dalszy Cyrulika. Wykonanie Joyce di Donato, która jest ostatnio moim numerem 1, jak chodzi o tę arię.

 



 

7. Gioacchino Rossini, Cyrulik sewilski, (1816), "La calunnia è un venticello" (1816), czyli chyba mój ulubiony fragment tej opery - porażająco efektowny i nieodmiennie zabawny. Tu Ruggero Raimondi, ale nigdy nie umiem zdecydować, które jest moje ulubione wykonanie. 

 



 

8. Gioacchino Rossini, La gazza ladra, uwertura (1817). Nie, nie tylko za Jima M. jako królową.

 


 

9. Vincenzo Bellini, Norma, "Casta diva" (1831), jakże oryginalnie. Skądinąd, to jest ta aria, przy której jestem najbardziej kapryśna i akceptuję strasznie mało nagrań - w zasadzie głównie Marię Callas i to poniżej, Leontyne Price. 

 



 

10. Gaetano Donizetti, Napój miłosny, "Udite... udite" (1832), czyli tu zdecydowanie komicznie, a nie lirycznie. Winna jest po części zapewne moja słabość do opowieści o nieudacznych szarlatanach... 

 



 

11. Giuseppe Verdi, Rigoletto, "La donna è mobile" (1851), niech będzie hit wszechczasów (no, jeden z). Skądinąd: jeden z tych tekstów, które brzmią kompletnie inaczej w oderwaniu,a kompletnie inaczej w kontekście (bo jak ktoś tu jest mobile w tej bajce, to na pewno nie la donna - la donna jest wręcz śmiertelnie lojalna).     

 



 

12. Charles Gounod, Faust, "Le veau d'or" (1859). Fausta albo słucham w kółko, albo wcale (ostatnio raczej wcale), ale ten jeden fragment rzadko schodzi z mojej playlisty. 

 



 

13. Richard Wagner, Tannhäuser, uwertura (1845). Zaczyna się. Za chwilę nikt mi mnie uwierzy, że wolę komedię od tragedii. Uwaga na małe przestawienie chronologii, żeby wszystkie utwory Wagnera były obok siebie. 

 



 

14. Richard Wagner, Lohengrin, "In fernem Land" (1850). Już kiedyś coś o tym pisałam.  

 



 

15. Richard Wagner, Złoto Renu, 2 scena, czyli pojawienie się Wotana et consortes na scenie. Nagranie niestety nie od początku tej sceny, ale nie można (przynajmniej na youtubie) mieć wszystkiego...

 

 

 

16. Richard Wagner, Złoto Renu, finał (1869). Nie wiem, czy nie mój ulubiony fragment twórczości Wagnera w ogóle.

 



 

17. Richard Wagner, Walkiria, "Winterstürme wichen dem Wonnemond" (1846), czyli Wagner bardziej liryczny. Nagranie koncertowe i tylko fragmentu (wolałabym całą tę scenę, ale na to musiałabym poczekać, aż spektakl Lepange'a z MET z 2011 ukaże się na DVD).



 

18. Richard Wagner, Zmierzch bogów, "Siegfrieds Rheinfahrt" (1876), raczej to niż finał. No, może konkurencją byłby pogrzebowy marsz Zygfryda.

 



 

19. Georges Bizet, Carmen, "Je vais danser en votre honneur" (1875). A właśnie nie któryś z tych najsłynniejszych fragmentów (na moje osobiste wyczucie, w pierwszej trójce operowych hitów wszechczasów - w sensie rozpoznawalności przez tzw. zwykłego człowieka - byłyby dwie arie z Carmen + La Donna è mobile), tylko ten dramatyczny w sumie duet z końcówki II aktu.

 



 

20. Antonin Dvořák, Rusałka, "Měsíčku na nebi hlubokém" (1901). Ostatnio u mnie osobiście zajmuje miejsce, okupowane przez lata (gruuuuubo przed moim zainteresowaniem się operą) przez Pieśń Solveigi Griega; służy, mianowicie, do wywoływania wzruszenia. I działa niezawodnie.  

 



 

I na koniec, na sam finał,

 

21. Kurt Weill, Opera za trzy grosze, "Moritat von Mackie Messer" (1928). Momentami bliżej jazzu i musicalu, ale niech będzie, jako mocny akcent końcowy - bo tego utworu mogę słuchać w kółko i od lat. 

 

 



 

 

Niedługo będzie ponadpiętnastka z Mozarta.



21:44, ninedin
Link Komentarze (1) »
piątek, 06 kwietnia 2012
Listy: reaktywacja (kolejna)

Bo czasami chce się zrobić listę.

Dzisiejsza będzie na prośbę Drakainy. A będzie to.....



DZIESIĘĆ ULUBIONYCH FILMÓW SF WSZECHCZASÓW

 

I od razu będę się tłumaczyć. Z tego SF.

No bo, oczywiście, większość z tego to nie żadna SF, tylko, powiedzmy, szeroko pojęta fantastyka w settingu dalszym od fantasy i horroru; nauki - ba, nawet quasi-nauki - tam jak na lekarstwo. Ergo, proszę mnie nie podejrzewać, że uważam Star Warsy za hard SF. Wyłączam z listy ewidentne fantasy i - w większości - kino "superbohaterskie". 

Aha - ranking jest tych ulubionych, nie tych obiektywnie najlepszych w historii gatunku! Kolejność przypadkowa.

 

1. Star Wars (zwłaszcza Imperium kontratakuje i Zemsta Sithów)
No bo. Co ja się w ogóle będę tłumaczyć.



2. Aliens
No właśnie nie Scott, tylko Cameron, bo się tego cholerstwa bałam jak mało czego w życiu. 



3. ET
Dla uhonorowania pewnego okresu w moim życiu - konkretnie momentu, kiedy stało się jasne, że od fantastyki już się nie uwolnię. Miałam 11 lat i tak mi zostało.





4. Star Trek 2: The Wrath of Khan
Dobra, wiem, William Shatner. No ale: scenariusz Meyera, gierki z publicznością (Melville!), ogrywanie fikcyjnej "śmierci" Spocka w pierwszych scenach, no i Khan. Ajak już jesteśmy przy temacie...4.5. Star Trek najnowszy, czyli nowy Kirk, nowy (i stary) Spock i w ogóle JJ Abrams w Star Treku. Chciałam piszczeć z radości w kinie, serio.




5. Minority Report
Większość około-SF Spielberga byłaby w top 30, ale z nich wszystkich - chyba dzięki nastrojowi - Raport mniejszości należy do moich (obok ET) ulubionych.



6. Sunshine
No to dla odmiany jeden z najbardziej dobijających filmów SF ostatnich lat. Nierówny, ale ja go strasznie lubię.




7. Watchmen 
To jest ten wyjątek od nieuwzględniania kina "superbohaterskiego" - bo to jednak bardziej jest SF niż taki, powiedzmy, Dark Knight. Kocham ten film w sposób z mało czym porównywalny.




8. Matrix
Nie oglądałam dawno - ale choćby za wrażenie, jakie robił za pierwszym razem.




9. Inception
Za pomysł. I za to, że się parę razy dałam nabrać. I za aktorów.  




10. Hitchhiker's Guide to the Galaxy
Zawsze, nie tylko za rozbrajająco doskonałego Martina Freemana.  




 

Poczekalnia: Moon, The Day the Earth Stood Still (oryginalny), Gattaca, Galaxy Quest, AI, Sky Captain and the World of Tomorrow, John Carter

Tak, nie ma Blade Runnera ani Odysei kosmicznej. Żeby nie było: to są bezdyskusyjne arcydzieła i kamienie milowe, które cenię, które są wielkie i które bym kazała oglądać każdemu fanowi gatunku. No ale: serce, mówiłam, nie rozum. Rozumowo to one są dość poza konkurencją.  

 

Pewnie o czymś zapomniałam, komentować będę w komentarzach.

23:54, ninedin
Link Komentarze (1) »
wtorek, 02 listopada 2010
Łańcuszek

W odpowiedzi na sympatyczne zaproszenie:

Zdanie nr 1, strona nr 69, książka pod ręką

 

Mały komentarz: zostałam złapana poza domem, u rodziców - i tylko dzięki temu jest to beletrystyka (w tym momencie u mnie w domu byłaby jakaś praca o Aleksandrze Wielkim :P):

Next he broke up the boar-flesh in broad slabs of brawn // and haled forth the hastlets in order all duly // and yet all whole he fastened the halves together// and strongly on a stout pole he strung them then up.

(Sir Gawain and the Green Knight, transl. by J. R. R. Tolkien, Ballantine Books 1992)

 

Drakaino, czuj się zaproszona :)

11:25, ninedin
Link Komentarze (5) »
piątek, 10 września 2010
Co lubię

Zostałam wyzwana blogowo, ergo odpowiadam. O oczywistościach (ulubione powieści fantastyczne etc.) pisać nie będę, bo - no cóż, są oczywiste :)

 

Dziesięć mało oczywistych rzeczy, które lubię, w kolejności plus minus alfabetycznej:

1. Arbuzy. Mogę je jeść zawsze i w każdych ilościach.

2. Biathlon. Moja ukochana dyscyplina sportu, tęsknię za nim przez całe lato.

3. Biżuterię z Toledo. Bo mi się strasznie misterność wykonania podoba.

4. Cydr. Zarówno angielski, jak bretoński, baskijskim tez nie pogardzę. W ostateczności może być ten robiony przeze mnie.

5. Dżemy. Robić. Zwłaszcza galaretkę z pigwy i ukochany dżem z żywopłotu.

6. Edytę, a.k.a. bratanicę/chrześnicę, aktualnie ośmiomiesięczną. Bo jest taka śmieszna, mała i fantastycznie się patrzy, jak się uczy podnosić, łapać przedmioty i rozpoznawać ludzi. W ogóle rodzinę, własną, w znacznej większości.

7. Koty. Moje i nie tylko moje.

8. Kupowanie, zwłaszcza książek, bo lubię mieć własne.

9. Pisać. Opowiadania, kórych nikt nigdy nie wyda, recenzje na bloga i prace naukowe w sumie też.

10. Yorkshire. Ukochane najpiękniejsze na świecie krajobrazy (i Oksford, ulubione miejsce do mieszkania i studiowania; tęsknię).

 

No i tak bym mogła w nieskończoność dosyć ;)

Drakaina, czuj się wyzwana :)

 

19:11, ninedin
Link Komentarze (4) »
wtorek, 24 listopada 2009
Love song for a (prawie) vampire

Drakaina chce swoją listę historii miłosnych, specjalnie dla niej; a co mi tam; proszę bardzo, z uzasadnieniami nieco ezoterycznymi.

 

5. Diarmuid i Sharra (Guy Gavriel Kay, Fionavarski gobelin): tragicznie, co prawda, ale za to on jest mistrzem miecza i strategii (i picia), a ona - (prawie) perską księżniczką. On ją uwodzi i się tym przechwala, ona chce go zabić, a potem nie może żyć, kiedy jego zabraknie.

4. Miałam się ZAMKNĄĆ na temat Dunnett, ale to jeszcze nie dzisiaj;). Ergo, Dunnett; Francis i Philippa, nawet mimo że ona mogłaby być trochę mniej Mary Sue. On jest tragiczny, wybitny, nieszczęśliwy, cyniczny, genialny (i piękny, nie zapominajmy), do tego miotający się między skrajnościami: od alkoholu, narkotyków i orgii w towarzystwie osób płci obojga do rygorystycznego celibatu i tak na zmianę. Ona jest niezbyt ładną (do czasu), nieefektowną, inteligentną i wykształconą dziewczyną z porządnej rodziny z małej angielskiej posiadłości, która potrafi jego histerie nieco sprowadzać na ziemię (różniąc się tym od większej części ludzkości). Poznają się, kiedy on ma lat dwadzieścia jeden, ona jedenaście i on szantażuje jej ojca; potem między innymi on wierzy, że jest potworem i trafia do łóżka połowy dworu francuskiego a ona ląduje w haremie, gdzie (pozostając niewinnym dziewczęciem) odbiera edukację, po której nie będzie już ani nieładna, ani nieefektowna, choć zdrowy rozsądek jej zostanie; a potem biorą ślub z rosądku, a potem jest ostatni tom. Dobra, w ostatnim tomie on ją swoim emo trochę (trochę!) zaraża, ale i tak jest to historia o tym, jak facet przez dobre parę lat nie rozumie, że potrzeba mu nie wielbiciela, nie hero-worship i nie księżniczki za żonę, ale kobiety, która nie zawsze potraktuje go w 100% serio, choć zawsze będzie go wspierać...(a do tego on, jak to zrozumie, to postanawia, że po tych wszystkich orgiach i innych tam takich nie jest już dość dobry...)

3. Brandin i Dianora (Tigana) - bo to jest archetypiczna niemal historia o tym, jak blisko jest od nienawiści do miłości i że dumna arystokratka z podbitego kraju może pokochać (i pokonać) znienawidzonego zdobywcę...

2. Beren i Luthien (Silmarillion i inne), bo to w końcu jest opowieść o Eurydyce, która poświęci wszystko, żeby wyprowadzić Orfeusza z piekła...

1. OK, zapomnijmy, że tomy od 8 wzwyż w ogóle zaistniały, to wtedy możemy tu wrzucić ostatnią, ehem, parę: Anita, Richard i Jean-Claude (Anita Blake). Anita jest pyskatą agentką, która kocha pingwinki i musicale; Richard jest zwykłym facetem (a przynajmniej takim się wydaje, póki się nie okaże wilkołakiem...), a Jean-Claude żyjącym od stuleci, kapryśnym, bezwzględnym, utalentowanym, manipulatorskim, tragicznym, zmysłowym  (i biseksualnym) księciem wampirów. A Anita nie bardzo wie, czego/kogo chce, bo obaj próbują nią rządzić, a tego to ona nie lubi...

 

I powinna tu być bezwzględnie jedna historia ze Stargate, ale ci tego nie zrobię....

 

12:30, ninedin
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5