Kategorie: Wszystkie | Muzyka
RSS
niedziela, 08 kwietnia 2012
To lubię - muzyka (2)

Czyli tym razem piętnastka z Mozarta. To znaczy, piętnastka plus dziesiątka

Oczywiście, najłatwiej byłoby zacząć od jakiegoś linka do całości Wesela Figara. To jest absolutnie moja ulubiona opera, moja ulubiona muzyka, moje ulubione - no, nie mam słów. Z Don Giovannim  byłoby podobnie, choć może udałoby mi się z ciężkim westchnieniem wyciąć scenę pojedynku z samego początku i średnio skuteczne pocieszanie Anny przez don Ottavia... No ale, żadnego oszukiwania. Ulubione fragmenty operowe z twórczości Mozarta, razy piętnaście i w kolejności około-chronologicznej.

 


1. Il re pastore: (1775) "L'amerò, sarò costante". Aria Amintasa z młodzieńczej opery Mozarta. O libretcie Il re pastore pisałam kiedyś artykuł (ach, jakże oryginalnie, to się opiera na tysiąc siedemset dwadzieścia razy przetworzonej legendzie z życia Aleksandra), i od tego czasu ta aria jakoś mi została. 

 




2. Idomeneo (1780-81), "O smania, o furie.... D'Oreste, d' Aiace". I nie tylko dlatego, że ta dynamiczna i pełna szaleństwa aria przypisana jest tu mojej ulubionej mitologicznej bohaterce.

 




3. No, zaczyna się. Wesele Figara (1786). Mogłoby być wszystko po kolei, ale będzie w wyborze. Na początek, uwertura.

 




4. Wesele Figara (1786), "Se vuol' ballare signor contino": cavatina Figara, która jest o tym, jak zamierza udaremnić zakusy Hrabiego na Zuzannę - ale równie dobrze mogłaby być o gniewie ludu. Jakbym ją miała w tym zestawie na coś wymienić, to na duet z III aktu, "Sull'aria". A co mi tam, oszukam i wrzucę oba.

 



 




5. Wesele Figara (1786), "Non so piu"; spośród dwóch arii Cherubina zdecyduję się chyba, z ciężkim sercem, tę, bo - i muzycznie, i tekstowo - oddaje wręcz rewelacyjnie to,co się na pewnym etapie dzieje w, powiedzmy, głowach sporej części ludzkości, niezależnie od płci. Plus, genialna dwuznaczność faktu, że ex definitione kobieta gra chłopaka zakochanego we wszystkich kobietach świata. Z miliona ulubionych wykonań wybieram na chybił-trafił Joyce di Donato. 

 



 

6. Wesele Figara (1786), "Non piu andrai". To jest mój ulubiony fragment muzyki tzw. poważnej, ever. I tyle. Chciałam wrzucić w wersji, którą wykonuje Rene Papé, ale z niejasnych dla mnie powodów nie mogę jej znaleźć, ergo będzie mój osobisty second best (w tej konkretnej arii second znaczy, jako Figaro generalnie first). 

 





7. Wesele Figara (1786), "Susanna, or via sortite". Jest taka scena w - skądinąd na dłuższą metę dla mnie dziś rozczarowującym - Amadeuszu Formana, w której Mozart usiłuje przekonać cesarza do idei napisania opery według wywrotowej sztuki Beaumarchais i opowiada z zachwytem o tym, że będą ensemble zamiast recytatywów. No więc zgadzam się ze scenarzystą/autorem sztuki, który się każe Mozartowi tym chwalić. Z kilku ulubionych wybieram ten z aktu II, choć innego dnia pewnie bym się zdecydowała na sekstet z trzeciego aktu z rozpoznaniem Marcelliny i Bartola jako rodziców Figara. Uwaga: niekoniecznie przepadam za Dorotheą Röschmann jako Hrabiną, ale wrzucam to - nieznane mi wcześniej - nagranie, bo sama chcę posłuchać Mii Persson (która mi się bardzo podobała jako Zerlina) w roli Zuzanny. 

 



 

8. Wesele Figara (1786), "E Susanna non vien... Dove sono", czyli mój kolejny ukochany wyciskacz łez. Przy wszystkich innych fragmentach Wesela Figara mogę wybierać z mnóstwa ulubionych nagrań, a z tą arią jestem kapryśna: w zasadzie najbardziej lubię to jedno konkretne, poniżej. 

 




9. Wesele Figara (1786), "Aprite un po' quell' occhi", fantastyczny, pełen złości rant Figara w kwestii tego, że la donna è mobile i że fraitly, thy name is woman. Najzabawniejsze w tym wszystkim, oczywiście, jest to, że cała ta wściekła mowa jest kompletnie niepotrzebna, bo naprawdę trzeba być osłem, żeby w ewentualność, że Zuzanna zdradzi go z panem hrabią, uwierzyć - i wszyscy, poza Figarem, doskonale o tym wiedzą.  

 





10. Wesele Figara (1786), finał. Z mojego ulubionego, w sumie, spektaklu.

 




11. Don Giovanni (1787), uwertura, za to niewiarygodne przejście od nastroju grozy na początku do bardziej "dworskiej", bardziej pogodnej części drugiej. Wiem, banały.

 




12. Don Giovanni (1787), "Madamina, il catalogo è questo". Chyba bez komentarza, takie oczywiste. Z miliona ulubionych wykonań na chybił-trafił wybrany Kyle Ketelsen.

 



 

Ale w sumie czemu miałoby być tylko jedno? Z chyba ulubionego spektaklu (Ferrara 1997, dyr. C. Abbado), z którego tak w ogóle to chciałam tu rzucić finał, ale nigdzie w sieci go nie ma... choć tutaj jest, za to, całość!

 




13. Don Giovanni (1787), "La ci darem la mano". Brzmi zupełnie inaczej, jak się tego słucha poza kontekstem całości i jak się zapomni, że te wyznania miłości i plany na przyszłość wyśpiewuje nie bardzo chyba rozumiejącej, w co się wpakowała, młodej kokietce bezwzględny uwodziciel-zdobywca,a nie czuły kochanek z wyższych sfer...Simon Keenlyside (który nie tylko śpiewa, ale i gra, i wygląda w tej roli!) i wspomniana wcześniej Miah Persson. 

 




14. Don Giovanni (1787), "Or sai chi l'onore", czyli bardzo, bardzo wściekła Donna Anna. Nie taka wściekła, jak Elektra powyżej albo Królowa Nocy poniżej, ale prawie.

 




15. Don Giovanni (1787), "Batti, batti o bel Masetto", czyli ta aria Zerliny, która się powinna nazywać "Bo we mnie jest seks", mimo że zaczyna się od bicia. 

 




16. Don Giovanni (1787), "Oh, statua gentilissima", czyli ten fatalny błąd Don Giovanniego, za który on w końcu wyląduje w piekle (i ostrożność Leporella, dzięki której ujdzie cało). Ze spektaklu z Salzburga: Ildebrando D' Arcangelo i Thomas Hampson.

 





17. Don Giovanni (1787), finał.

 




18. Così fan tutte (1790), "In uomini, in soldati, sperare fedeltà?", czyli cała (ponoć) prawda o facetach. Zastanawiałam się ciężko, które z wykonań dac, i padło w końcu na to, którego ostatnio słucham najczęściej. 

 




19. Così fan tutte (1790), "Una donna a quindici anni", w wykonaniu Cecilii Bartoli.

 




20. Così fan tutte (1790), "È amore un ladroncello", czyli jedna z moich ukochanych melodii wszechczasów. Tutaj śpiewa Rinat Shahan, która mi się kiedyś bardzo spodobała jako Cherubino, a potem znalazłam to jej nagranie.

 



 

21. Czarodziejski flet (1791), "Der Vogelfänger bin ich ja". Niestety, będzie widać od razu, kto tu jest moją ulubioną postacią. 

 



 

22. Czarodziejski flet (1791), "Ein Mädchen oder Weibchen". No mówiłam. Moje zamiłowanie do komedii wygrywa, jak zawsze.

 




23. Czarodziejski flet (1791), "Die Weisheitslehre dieser Knaben...", czyli scena spotkania Tamina z kapłanem-strażnikiem. Tu akurat za dramatyzm. I tak naprawdę, powinna tu być jedna, konkretna wersja: ta z Rene Papèm i Jonasem Kaufmannem z płyty Sehnsucht tego ostatniego - tyle że online nie mogłam jej znaleźć. Ergo, trochę dla zabawy (choć, niestety, nagranie nie jest od samego początku) wersja anglojęzyczna, z filmu Kennetha Branagha The Magic Flute (Joseph Kaiser i wspomniany wcześniej Rene Papè)

 



   

24. Czarodziejski flet (1791), "Der Hölle Rache kocht in meinem Herzen". No oczywiste, ale jednak. Diana Damrau, co jest w ostatnich latach chyba dość oczywistym wyborem.  

 




25. Czarodziejski flet (1791), "Pa … pa … pa ...". I na koniec, ulubionej postaci ciąg dalszy. Może dlatego, że jak na romansowo-romantyczny duet, jest to dość pikantne i zabawne, żeby mnie nie znudzić :). I Terfel, i Miah Persson nie pierwszy raz na tej liście.

 

 

 

 

 

To by równie dobrze mogła być trzydziestka. Albo pięćdziesiątka, więc może lepiej skończę tutaj.


sobota, 07 kwietnia 2012
To lubię - muzyka (1)

Dawno, dawno temu moja przyjaciółka Drakaina napisała wpis o historii swojej fascynacji operą i o swoich ulubionych w historii opery fragmentach. Zainspirowana nim - dopiero dzisiaj, bo dwa lata zajęło mi, tak naprawdę, poznawanie opery na tyle, żebym mogła powiedzieć, że mam w niej swoje ulubione fragmenty - dawno postanowiłam napisać swój. I piszę, dzisiaj. W odcinkach.

W odcinkach, no bo - no cóż, najpierw zrobiłam Założenia Teoretyczne (top 10 lub najwyżej 15, nie więcej niż trzy fragmenty z jednego dzieła, raczej te śpiewane niż uwertury etc. etc.), a potem się zorientowałam, że to się nie da. Ergo, zamiast piętnastki będą... dwie ponadpiętnastki. Tzn. ponadpiętnastka (a w sumie - oczko) oraz osobna ponadpiętnastka z Mozarta.  

Najpierw - ponadpiętnastka niemozartowa. Autorka zestawienia uprzejmie przypomina, że są tu jej ulubione, a nie Najlepsze w Historii (i utwory, i wykonania) oraz że tak, sporo z tego to oczywistości. Kolejność plus minus chronologiczna.

I jeszcze raz: ja się nie znam. Jestem kompletną amatorką, operą interesującą się od dwóch lat. Proszę o łagodny wymiar kary.

 

1. Claudio Monteverdi, Koronacja Poppei, "Amici, e giunta..." (1642-43), czyli scena śmierci Seneki w Koronacji Poppei. Operowa muzyka barokowa była dla mnie tak naprawdę najtrudniejsza do zaakceptowania: (auto)edukację muzyczną zaczęłam od rocka, muzyki alternatywnej i elektroniki, niekoniecznie mainstreamowych, ergo poradzić sobie z wiekiem XX było mi łatwiej, niż z XVII. Zeszłoroczny wyjazd na konferencję operową do Pobierowa okazał się o tyle przełomowy, że było tam paru mądrych ludzi, którzy mi pewne rzeczy przystępnie wyjaśnili - a wspólne oglądanie fragmentów Koronacji Poppei było rzeczywiście rewelacją.   

 



 

2. Henry Purcell, Dydona i Eneasz, "Fear no danger" (1688). No właśnie nie przepiękny skądinąd lament Dydony przed śmiercią, tylko ta scena, w której służące zapewniają Dydonę, że Eneasz ją kocha. Może dlatego, że - jakkolwiek nieszczęsne zamiłowanie do patosu mam chyba wrodzone - generalnie wolę komedię od tragedii. Tu może nie komicznie, ale przynajmniej romansowo.  

 



 

3. G. F. Haendel, Rinaldo, "Lascia ch'io pianga" (1711). Z racji swojej oczywistości dość nie wymaga komentarza, bo powiedzenie, że wyciska łzy z oczu, to trochę jakby, no, banał. W wykonaniu Cecilii Bartoli, choć zastanawiałam się też nad Tuvą Semmingsen.  

 



 

4. J. W. Gluck, Orfeusz i Eurydyka, "Che faro senza Euridice" (1762). To był z kolei pierwszy z "dawnych" fragmentów, który mnie złapał za serce. Filmik nie na temat, ale wykonanie świetne.

 



 

5. Gioacchino Rossini, Cyrulik sewilski, "Largo al factotum" (1816). Zaczyna się - i akurat z tej opery będzie sporo. Cóż mogę powiedzieć? Uwielbiam romansowe komedie, choć głównie w operze...  

 



 

6. Gioacchino Rossini, Cyrulik sewilski, "Una voce poco fa" (1816), czyli ciąg dalszy Cyrulika. Wykonanie Joyce di Donato, która jest ostatnio moim numerem 1, jak chodzi o tę arię.

 



 

7. Gioacchino Rossini, Cyrulik sewilski, (1816), "La calunnia è un venticello" (1816), czyli chyba mój ulubiony fragment tej opery - porażająco efektowny i nieodmiennie zabawny. Tu Ruggero Raimondi, ale nigdy nie umiem zdecydować, które jest moje ulubione wykonanie. 

 



 

8. Gioacchino Rossini, La gazza ladra, uwertura (1817). Nie, nie tylko za Jima M. jako królową.

 


 

9. Vincenzo Bellini, Norma, "Casta diva" (1831), jakże oryginalnie. Skądinąd, to jest ta aria, przy której jestem najbardziej kapryśna i akceptuję strasznie mało nagrań - w zasadzie głównie Marię Callas i to poniżej, Leontyne Price. 

 



 

10. Gaetano Donizetti, Napój miłosny, "Udite... udite" (1832), czyli tu zdecydowanie komicznie, a nie lirycznie. Winna jest po części zapewne moja słabość do opowieści o nieudacznych szarlatanach... 

 



 

11. Giuseppe Verdi, Rigoletto, "La donna è mobile" (1851), niech będzie hit wszechczasów (no, jeden z). Skądinąd: jeden z tych tekstów, które brzmią kompletnie inaczej w oderwaniu,a kompletnie inaczej w kontekście (bo jak ktoś tu jest mobile w tej bajce, to na pewno nie la donna - la donna jest wręcz śmiertelnie lojalna).     

 



 

12. Charles Gounod, Faust, "Le veau d'or" (1859). Fausta albo słucham w kółko, albo wcale (ostatnio raczej wcale), ale ten jeden fragment rzadko schodzi z mojej playlisty. 

 



 

13. Richard Wagner, Tannhäuser, uwertura (1845). Zaczyna się. Za chwilę nikt mi mnie uwierzy, że wolę komedię od tragedii. Uwaga na małe przestawienie chronologii, żeby wszystkie utwory Wagnera były obok siebie. 

 



 

14. Richard Wagner, Lohengrin, "In fernem Land" (1850). Już kiedyś coś o tym pisałam.  

 



 

15. Richard Wagner, Złoto Renu, 2 scena, czyli pojawienie się Wotana et consortes na scenie. Nagranie niestety nie od początku tej sceny, ale nie można (przynajmniej na youtubie) mieć wszystkiego...

 

 

 

16. Richard Wagner, Złoto Renu, finał (1869). Nie wiem, czy nie mój ulubiony fragment twórczości Wagnera w ogóle.

 



 

17. Richard Wagner, Walkiria, "Winterstürme wichen dem Wonnemond" (1846), czyli Wagner bardziej liryczny. Nagranie koncertowe i tylko fragmentu (wolałabym całą tę scenę, ale na to musiałabym poczekać, aż spektakl Lepange'a z MET z 2011 ukaże się na DVD).



 

18. Richard Wagner, Zmierzch bogów, "Siegfrieds Rheinfahrt" (1876), raczej to niż finał. No, może konkurencją byłby pogrzebowy marsz Zygfryda.

 



 

19. Georges Bizet, Carmen, "Je vais danser en votre honneur" (1875). A właśnie nie któryś z tych najsłynniejszych fragmentów (na moje osobiste wyczucie, w pierwszej trójce operowych hitów wszechczasów - w sensie rozpoznawalności przez tzw. zwykłego człowieka - byłyby dwie arie z Carmen + La Donna è mobile), tylko ten dramatyczny w sumie duet z końcówki II aktu.

 



 

20. Antonin Dvořák, Rusałka, "Měsíčku na nebi hlubokém" (1901). Ostatnio u mnie osobiście zajmuje miejsce, okupowane przez lata (gruuuuubo przed moim zainteresowaniem się operą) przez Pieśń Solveigi Griega; służy, mianowicie, do wywoływania wzruszenia. I działa niezawodnie.  

 



 

I na koniec, na sam finał,

 

21. Kurt Weill, Opera za trzy grosze, "Moritat von Mackie Messer" (1928). Momentami bliżej jazzu i musicalu, ale niech będzie, jako mocny akcent końcowy - bo tego utworu mogę słuchać w kółko i od lat. 

 

 



 

 

Niedługo będzie ponadpiętnastka z Mozarta.



21:44, ninedin
Link Komentarze (1) »
piątek, 06 kwietnia 2012
Listy: reaktywacja (kolejna)

Bo czasami chce się zrobić listę.

Dzisiejsza będzie na prośbę Drakainy. A będzie to.....



DZIESIĘĆ ULUBIONYCH FILMÓW SF WSZECHCZASÓW

 

I od razu będę się tłumaczyć. Z tego SF.

No bo, oczywiście, większość z tego to nie żadna SF, tylko, powiedzmy, szeroko pojęta fantastyka w settingu dalszym od fantasy i horroru; nauki - ba, nawet quasi-nauki - tam jak na lekarstwo. Ergo, proszę mnie nie podejrzewać, że uważam Star Warsy za hard SF. Wyłączam z listy ewidentne fantasy i - w większości - kino "superbohaterskie". 

Aha - ranking jest tych ulubionych, nie tych obiektywnie najlepszych w historii gatunku! Kolejność przypadkowa.

 

1. Star Wars (zwłaszcza Imperium kontratakuje i Zemsta Sithów)
No bo. Co ja się w ogóle będę tłumaczyć.



2. Aliens
No właśnie nie Scott, tylko Cameron, bo się tego cholerstwa bałam jak mało czego w życiu. 



3. ET
Dla uhonorowania pewnego okresu w moim życiu - konkretnie momentu, kiedy stało się jasne, że od fantastyki już się nie uwolnię. Miałam 11 lat i tak mi zostało.





4. Star Trek 2: The Wrath of Khan
Dobra, wiem, William Shatner. No ale: scenariusz Meyera, gierki z publicznością (Melville!), ogrywanie fikcyjnej "śmierci" Spocka w pierwszych scenach, no i Khan. Ajak już jesteśmy przy temacie...4.5. Star Trek najnowszy, czyli nowy Kirk, nowy (i stary) Spock i w ogóle JJ Abrams w Star Treku. Chciałam piszczeć z radości w kinie, serio.




5. Minority Report
Większość około-SF Spielberga byłaby w top 30, ale z nich wszystkich - chyba dzięki nastrojowi - Raport mniejszości należy do moich (obok ET) ulubionych.



6. Sunshine
No to dla odmiany jeden z najbardziej dobijających filmów SF ostatnich lat. Nierówny, ale ja go strasznie lubię.




7. Watchmen 
To jest ten wyjątek od nieuwzględniania kina "superbohaterskiego" - bo to jednak bardziej jest SF niż taki, powiedzmy, Dark Knight. Kocham ten film w sposób z mało czym porównywalny.




8. Matrix
Nie oglądałam dawno - ale choćby za wrażenie, jakie robił za pierwszym razem.




9. Inception
Za pomysł. I za to, że się parę razy dałam nabrać. I za aktorów.  




10. Hitchhiker's Guide to the Galaxy
Zawsze, nie tylko za rozbrajająco doskonałego Martina Freemana.  




 

Poczekalnia: Moon, The Day the Earth Stood Still (oryginalny), Gattaca, Galaxy Quest, AI, Sky Captain and the World of Tomorrow, John Carter

Tak, nie ma Blade Runnera ani Odysei kosmicznej. Żeby nie było: to są bezdyskusyjne arcydzieła i kamienie milowe, które cenię, które są wielkie i które bym kazała oglądać każdemu fanowi gatunku. No ale: serce, mówiłam, nie rozum. Rozumowo to one są dość poza konkurencją.  

 

Pewnie o czymś zapomniałam, komentować będę w komentarzach.

23:54, ninedin
Link Komentarze (1) »
wtorek, 02 listopada 2010
Łańcuszek

W odpowiedzi na sympatyczne zaproszenie:

Zdanie nr 1, strona nr 69, książka pod ręką

 

Mały komentarz: zostałam złapana poza domem, u rodziców - i tylko dzięki temu jest to beletrystyka (w tym momencie u mnie w domu byłaby jakaś praca o Aleksandrze Wielkim :P):

Next he broke up the boar-flesh in broad slabs of brawn // and haled forth the hastlets in order all duly // and yet all whole he fastened the halves together// and strongly on a stout pole he strung them then up.

(Sir Gawain and the Green Knight, transl. by J. R. R. Tolkien, Ballantine Books 1992)

 

Drakaino, czuj się zaproszona :)

11:25, ninedin
Link Komentarze (5) »
piątek, 10 września 2010
Co lubię

Zostałam wyzwana blogowo, ergo odpowiadam. O oczywistościach (ulubione powieści fantastyczne etc.) pisać nie będę, bo - no cóż, są oczywiste :)

 

Dziesięć mało oczywistych rzeczy, które lubię, w kolejności plus minus alfabetycznej:

1. Arbuzy. Mogę je jeść zawsze i w każdych ilościach.

2. Biathlon. Moja ukochana dyscyplina sportu, tęsknię za nim przez całe lato.

3. Biżuterię z Toledo. Bo mi się strasznie misterność wykonania podoba.

4. Cydr. Zarówno angielski, jak bretoński, baskijskim tez nie pogardzę. W ostateczności może być ten robiony przeze mnie.

5. Dżemy. Robić. Zwłaszcza galaretkę z pigwy i ukochany dżem z żywopłotu.

6. Edytę, a.k.a. bratanicę/chrześnicę, aktualnie ośmiomiesięczną. Bo jest taka śmieszna, mała i fantastycznie się patrzy, jak się uczy podnosić, łapać przedmioty i rozpoznawać ludzi. W ogóle rodzinę, własną, w znacznej większości.

7. Koty. Moje i nie tylko moje.

8. Kupowanie, zwłaszcza książek, bo lubię mieć własne.

9. Pisać. Opowiadania, kórych nikt nigdy nie wyda, recenzje na bloga i prace naukowe w sumie też.

10. Yorkshire. Ukochane najpiękniejsze na świecie krajobrazy (i Oksford, ulubione miejsce do mieszkania i studiowania; tęsknię).

 

No i tak bym mogła w nieskończoność dosyć ;)

Drakaina, czuj się wyzwana :)

 

19:11, ninedin
Link Komentarze (4) »
wtorek, 24 listopada 2009
Love song for a (prawie) vampire

Drakaina chce swoją listę historii miłosnych, specjalnie dla niej; a co mi tam; proszę bardzo, z uzasadnieniami nieco ezoterycznymi.

 

5. Diarmuid i Sharra (Guy Gavriel Kay, Fionavarski gobelin): tragicznie, co prawda, ale za to on jest mistrzem miecza i strategii (i picia), a ona - (prawie) perską księżniczką. On ją uwodzi i się tym przechwala, ona chce go zabić, a potem nie może żyć, kiedy jego zabraknie.

4. Miałam się ZAMKNĄĆ na temat Dunnett, ale to jeszcze nie dzisiaj;). Ergo, Dunnett; Francis i Philippa, nawet mimo że ona mogłaby być trochę mniej Mary Sue. On jest tragiczny, wybitny, nieszczęśliwy, cyniczny, genialny (i piękny, nie zapominajmy), do tego miotający się między skrajnościami: od alkoholu, narkotyków i orgii w towarzystwie osób płci obojga do rygorystycznego celibatu i tak na zmianę. Ona jest niezbyt ładną (do czasu), nieefektowną, inteligentną i wykształconą dziewczyną z porządnej rodziny z małej angielskiej posiadłości, która potrafi jego histerie nieco sprowadzać na ziemię (różniąc się tym od większej części ludzkości). Poznają się, kiedy on ma lat dwadzieścia jeden, ona jedenaście i on szantażuje jej ojca; potem między innymi on wierzy, że jest potworem i trafia do łóżka połowy dworu francuskiego a ona ląduje w haremie, gdzie (pozostając niewinnym dziewczęciem) odbiera edukację, po której nie będzie już ani nieładna, ani nieefektowna, choć zdrowy rozsądek jej zostanie; a potem biorą ślub z rosądku, a potem jest ostatni tom. Dobra, w ostatnim tomie on ją swoim emo trochę (trochę!) zaraża, ale i tak jest to historia o tym, jak facet przez dobre parę lat nie rozumie, że potrzeba mu nie wielbiciela, nie hero-worship i nie księżniczki za żonę, ale kobiety, która nie zawsze potraktuje go w 100% serio, choć zawsze będzie go wspierać...(a do tego on, jak to zrozumie, to postanawia, że po tych wszystkich orgiach i innych tam takich nie jest już dość dobry...)

3. Brandin i Dianora (Tigana) - bo to jest archetypiczna niemal historia o tym, jak blisko jest od nienawiści do miłości i że dumna arystokratka z podbitego kraju może pokochać (i pokonać) znienawidzonego zdobywcę...

2. Beren i Luthien (Silmarillion i inne), bo to w końcu jest opowieść o Eurydyce, która poświęci wszystko, żeby wyprowadzić Orfeusza z piekła...

1. OK, zapomnijmy, że tomy od 8 wzwyż w ogóle zaistniały, to wtedy możemy tu wrzucić ostatnią, ehem, parę: Anita, Richard i Jean-Claude (Anita Blake). Anita jest pyskatą agentką, która kocha pingwinki i musicale; Richard jest zwykłym facetem (a przynajmniej takim się wydaje, póki się nie okaże wilkołakiem...), a Jean-Claude żyjącym od stuleci, kapryśnym, bezwzględnym, utalentowanym, manipulatorskim, tragicznym, zmysłowym  (i biseksualnym) księciem wampirów. A Anita nie bardzo wie, czego/kogo chce, bo obaj próbują nią rządzić, a tego to ona nie lubi...

 

I powinna tu być bezwzględnie jedna historia ze Stargate, ale ci tego nie zrobię....

 

12:30, ninedin
Link Komentarze (2) »
Piosenki, szlagiery, makabry

Wyzwana przez Drakainę podejmuję rękawicę :)

Drakaina chciała listę szlagierów z dzieciństwa - koniecznie polskich, niekoniecznie dziś ulubionych i wcale niekoniecznie obiektywnie dobrych, za to koniecznie z gatunku tych, co się do człowieka, usłyszane w radiu, przyczepiły i nie dawały spokoju.
I oto są, piosenki polskie mojego dzieciństwa, niektóre świetne, niektóre upiorne, niektóre takie sobie :))
To są zresztą piosenki starsze w większości od czasów, w których ja je słyszałam - ja poszłam do podstawówki w 1980, czyli moje dzieciństwo to już dokładnie są czasy tzw. polskiego rocka, który - w postaci Bajmu i Maanamu, choćby - jakoś tam jednak się do mediów przedzierał... No ale w sluchanej przez babcię radiowej Jedynce ciągle królowała Irena Santor i Jerzy Połomski...
Ja dodam od siebie jeszcze jedno zastrzeżenie - postaram się po Drakainie nie powtarzać; a to dlatego, że przynajmniej część jej listy, na czele z Nie spoczniemy Czerwonych Gitar i upiorną Alicją Majewską, mogłaby się znaleźć na mojej, z podobnymi uzasadnieniami...

A więc, panie i panowie, przed wami w kolejności dowolnej:

 

10. Najwięcej witaminy Andrzeja Rosiewicza, czyli ulubiona piosenka mojego wujka, która - razem z tymże wujkiem i jego magnetofonem szpulowym - przyjeżdżała do nas na wszelkie okazje, wakacje i imieniny...

9. Z kopyta kulig rwie Skaldów, bo miało porywającą melodię i tekst, który intrygował aluzjami do jednego z podówczas ukochanych filmów mojego i mojej siostry (no dobra, Janosik, przyznaję, ale miałyśmy jakieś 6-8 lat!)

8. Miały być także okropne piosenki - proszę bardzo. Córka rybaka Wałów Jagiellońskich, zapamiętana przeze mnie głównie w nieprofesjonalnym wykonaniu wyżej wymienionej mojej siostry (lat plus minus 10)

7. Biały latawiec Waweli - bo tu dopiero radośnie nie rozumiałam, o czym jest ten (skądinąd rzeczywiście niejednoznaczny!) tekst!

6. Rysunek na szkle Krzysztofa Krawczyka, pierwszy w życiu kontakt (w rozmytej i ucukierkowionej formie) z czymś, co przypomina greckie rytmy... (w linku jest chyba wersja bardziej disco polo)

5. Czerwone słoneczko Dwa plus Jeden, najczęściej w wykonaniu najukochańszej skądinąd cioci Hani. To się może przyśnić, i to nie tylko ze względu na zapamiętany przeze mnie wokal...

4. Olśnieniem już trochę późniejszym, z nieco głębszej bodaj podstawówki, był dla mnie głos i maniera wokalna Edyty Geppert - szczególnie w pierwszej, manierycznej i histerycznej i mimo to ciągle intrygującej piosence Jaka róża, taki cierń;

3. Wakacje, adapter i tzw. "mała płyta" przywieziona przez goszczące z wizytą u nas na wsi ciotki; i nieśmiertelny tekst Tylu chłopców odchodziło z naszego puebla... i żaden nie wrócił. Sister i ja byłyśmy przekonane, że chodzi w tym o jakieś potwory, które ich pożarły (to był etap, kiedy Sister i ja bałyśmy się smoka z płyty o Koziołku Matołku).

2. Krystyna Giżowska. To od tej pani zaczęła się moja nienawiść (która potem mocno złagodniała...) do muzyki pop. Upiorne Nie było ciebie tyle lat towarzyszyło mi z radia przez pół dzieciństwa...

1. No i kolejny szlagier, na myśl o którym się otrząsam do dziś: Eleni i koszmarne Troszeczkę ziemi, troszeczkę słońca...

 

Jako bonus dołożę hicior Gdy Polska da nam rozkaz w wykonaniu Adama Wojdaka z Festiwalu Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu... i snująe się gdzieś w tle wspomnień Ukochany kraj, umiłowany kraj...

 

Ufff. Dodajmy do tego, z zagranicznych, m.in. Boney M (Fernando, ratunku!), Al Bano i Rominę Power (Felicita, no comments) i wszechobecnego w radiu Demisa Roussosa - i będzie jasne, dlaczego w pewnym momencie (miałam jakieś 14 lat), kiedy usłyszałam w radiu po raz pierwszy w życiu Like a Rolling Stone Dylana, to coś się ze mną stało - całkiem poważnie, miałam łzy w oczach i nie wiedziałam, dlaczego... To było inne - nie wiedzialam, jak inne, ale wiedziałam, że inne i że to jest to, czego chcę...

 

10:35, ninedin
Link Komentarze (3) »
środa, 11 listopada 2009
Reaktywacja i love stories

Jako że po pierwsze, w dyskusji na moim właściwym blogu allegra_walker napisała:

 

Cóż, kiedy w ogóle ciężko jest o dobre historie miłosne. Coś bardzo ładnego i innego niż u AS-a (błyskawice w czarnych oczach, zapach bzu i agrestu, nie możemy żyć ani z sobą, ani bez siebie) mamy u Huberatha w "Gnieździe światów" i "Ostanich, którzy wyszli z raju" - zwykła, nieefektowna miłość bez fajerwerków, czułość bez czułostkowości. Chyba jeszcze trudniejsza do opisania niż miłosne szały. (Nawiasem mówiąc - ile przekonujących opisów szczęśliwej miłości możemy znaleźć? Ułoży się chociaż pięciopunktową listę? ;-))

 

a po drugie, ja i canthre wdałyśmy się w debatę o homo- versus heteroseksualnych historiach miłosnych, postanowiłam reaktywować tego bloga i spróbować ułożyć tutaj trzy krótkie listy. Na tych listach są oczywiście PRZYKŁADY, bo na pewno o czymś/kimś ważnym zapomniałam :))

 

Lista nr 1 jest dla allegry_walker: i jest to moja prywatna, osobista lista takich (fantastycznych) historii miłosnych, które a) kończą się szczęśliwie, b) podobają mi się bez zastrzeżeń. Od razu dodam, że masz całkowitą rację, nie aż tak wiele jest takich... Kolejność przypadkowa.
PS. Z niefantastycznych musiałoby się zaczynać od Odyseusza i Penelopy :)

 

5. Andrys Tarrant i Narilka Lessing [Celia S. Friedman, The Coldfire Trilogy]: ani jedno z nich nie należy do moich ulubionych postaci, ale ich historia mi się podobała. Narilka miała wszelkie szanse na zostanie coldfire'owym odpowiednikiem Belli Swann, bo jest słodka i niewinna i mądra i dzielna i na dodatek zostaje otoczona specjalną opieką potężnego nieumarłego, w którym się w jakiś sposób zakochuje... ale potem (toutes proportions gardées, jak Eowina wybierająca Faramira) wybiera i obdarza uczuciem jego słabego, udręczonego, ale żywego i ludzkiego potomka, właśnie dlatego, że Andrys jest człowiekiem, że jej potrzebuje, a ona chce normalnie, jak człowiek, żyć, a nie być zabawką istoty nieskończenie od siebie potężniejszej, kogoś, komu nigdy nie będzie równa... Z niemal zupełnie nieznanej u nas powieści Friedman mogłabym jeszcze dorzucić Daetrina i Kiri, choć on jest wampirem, a ona - zmiennokształtną kosmitką :)

4. James i Lydia Asherowie [Barbara Hambly, Those Who Hunt the Night i Traveling with the Dead]. Ciekawe jest od razu to, że bohaterowie od początku są nawet nie romantyczną parą, a małżeństwem, i że rzadko, jeśli w ogóle, rozmawiają o swoich uczuciach - ale nie ma wątpliwości, jak bardzo są dla siebie ważni - i nigdy nie jest to widoczne tak bardzo, jak wtedy, kiedy oboje stają twarzą w twarz z pokusą...

3. Tyler Dupree i Diane Lawton [Robert Charles Wilson, Spin]. Matka Tylera jest służącą w domu Lawtonów, a Diane - niekochaną córką milionera i pełną kompleksów siostrą geniusza, szukającą sensu w życiu to w sektach, to w romansach, to w narkotykach... Tyler kocha ją od zawsze, cicho i bez ostentacji - i powolna, pozbawiona gwałtownych porywów emocji, histerii i "romantyczności" historia tego, jak ona dochodzi do zrozumienia i zaakceptowania tego faktu i odwzajemnienia jego uczuć, została przez Wilsona niezwykle subtelnie i inteligentnie wpleciona w jego skomplikowaną historię o Obcych i paradoksach czasowych.

2. Trochę oczywiste, ale co mi tam: Molly i Arthur Weasley [JK Rowling, Harry Potter], bo oboje są niezbyt młodym małżeństwem i parą w sumie dość zabawnych i zwyczajnych ludzików - ona niepiękna, a on żaden heros; do tego niewiele na pozór między nimi romantyzmu, a sporo - typowych zachowań zrzędliwej, znającej się od zawsze pary. A mimo to jest to jedna z najbardziej sympatycznych i prawdziwych historii miłości, jakie w powieści Rowling można znaleźć.

1. Cordelia Naismith i Aral Vorkosigan [L. McMaster Bujold] - jak to nie jest moja ulubiona autorka, tak ta historia dwójki trochę już przez życie pokopanych i nie do końca dopasowanych do siebie osób z różnych kultur była dla mnie wyjątkowo interesująca i przekonująca. Uwielbiałam tę serię, póki na świecie nie pojawił się Miles...   

PS. W ramach absolutnego wygłupu: Stalowy Szczur i Angelina... :P



Lista nr 2 jest dla canthre i jest to lista (fantastycznych) historii miłosnych, które rozgrywają się po bożemu między mężczyzną a kobietą i które mnie osobiście wydają się fascynujące i oryginalne i między interesującymi postaciami się dziejące. Niekoniecznie, dodajmy, mają one happy end... Dodajmy, że są to inne historie, niż te powyżej :)
Aha, pomijam Sapkowskiego, o którym obie mamy podobne zdanie... :)

 

5. Valerius i Alixana [Guy Gavriel Kay, Mozaika sarantyjska], bo Kayowi wyjątkowo, moim zdaniem, wyszła ta przeróbka historii Justyniana i Teodory. Jak go uwielbiam, jak na liście opisów najbardziej fascynujących literackich opisów przyjaźni byłoby kilka przykładów z jego książek, tak historie miłosne nie zawsze (nieczęsto?) mu wychodzą - ale ta (oraz Rodrigo i Miranda z Lwów Al-Rassanu i Brandin i Dianora z Tigany) to wyjątki...

4. Kapitan Will Laurence i admirał Jane Roland (Naomi Novik, Temeraire); umieszczam tu tę historię, bo jest ciekawa właśnie dlatego, że różni się od konwencjonalnej historii miłosnej w XIX-wiecznym stylu w sumie tylko drobnymi szczegółami. To Jane jest w tym związku stroną a) stojącą wyżej w hierarchii, b) bardziej konkretną i aktywną, a Will wybiera ją - babkę w swoim wieku, raczej przystojną niż śliczną, z blizną na twarzy - a nie piękną, młodziutką i czarującą Katherine Harcourt; oboje poza tym, że mają niezobowiązujący w sumie, jak im się na początku wydaje, romans, to się raczej lubią i rozumieją niż romantycznie wielbią - jest, słowem, ciekawie.

3. Wspomniani przeze mnie we wpisie o Kushner (a raczej w komentarzu) James Cobham i Susan Voigt [E. Bull, S. Brust, Freedom and Necessity]; okej, dla mnie dodatkowym funem jest - też milion razy wspominany już przeze mnie - fakt ich wystylizowania na główną parę bohaterów The Lymond Chronicles Dorothy Dunnett, ale i tak ci dwoje - on trochę histeryk, oddany raczej Sprawie (czytaj: demokracji) i przekonany, że nie powinien narażać żadnej kobiety na małżeństwo z aktywistą, ona pragmatyczna i konkretna i (mimo to?) zakochana - budzą, jako skazana na siebie i długo o tym nie wiedząca para, moją sporą sympatię, i furda, że się przyjaźnią z Fryderykiem Engelsem :P.

2. Brawne Lamia i Johnny Keats [Dan Simmons, Hyperion] - bo zaczyna się ich historia jak odwrócenie opowieści o detektywie z czarnego kryminału i pięknej klientce (tutaj to ona jest detektywem), po drodze staje się miłosną historią drogi, potem przeróbką dziejów Johna Keatsa i Fanny Brawne, a na końcu - opowieścią o rodzicach nowej zbawicielki świata... Poza tym chyba nie ma gatunku, w który romans wpisywałoby się gorzej, niż w space operę - a Simmonsowi się udało...

1. I na koniec, coś między pastiszem a parodią, zabawą konwencją a opisem emocji: Westley i Buttercup z self-proclaimed "najważniejszej historii miłosnej świata" [W. Goldman, Narzeczona księcia]

 

A lista nr 3 jest dla mnie i jest wariantem nt. listy 1, tyle że obejmującym także i historie niekoniecznie hetero i niekoniecznie z happy endem, ale za to zdecydowanie moje ulubione... I jeszcze żeby się nie powtarzały z poprzednimi...

5. Alec Campion i Richard St.Vierre, od których się cała moja debata z canthre zaczęła - a dlaczego, to już wyjaśniłam w komentarzu do notki o The Priviledge of the Sword.

4. I jeszcze raz będzie para niemieszana: Vincent i Michelangelo z Carnival Elizabeth Bear, bo Bear się udało bardzo inteligentnie i ciekawie opisać historię dwóch osób, którym bardzo na sobie zależy, ale które są już dość dorosłe i dość doświadczone przez życie, by wiedzieć, że czasami są rzeczy ważniejsze nawet od Wielkiej Miłości i zobowiązania, których nawet mimo tejże trzeba dotrzymać - a zarazem, że to tej miłości nie unieważnia i nie pomniejsza. To jest, pod tym akurat względem, najbardziej antytwilightowa historia miłosna wszechczasów :))

3. Severus Snape i Lily Potter, bo tu nie było żadnej historii, bo jakoś tam można było ją podejrzewać od samego początku, a zarazem - bo to uczucie wpłynęło na całość postępowania tego akurat, skądinąd nie aż tak miłego memu sercu, bohatera.

2. Lady Jessica i książę Leto Atryda [F. Herbert, Diuna], a to dlatego, że uczucie do (prędko zmarłego) męża motywuje w zasadzie całe jej postępowanie i - przy całej jej niezależności - definiuje ją jako osobowość.

1. Daniel Dreiberg i Laurie Jusperczyk [Alan Moore, Watchmen], bo to jest historia o tym, że tylko miłość ocala, opowiedziana bez patosu i bez histerycznej podniosłości.

 

Dodam na marginesie, ku moejmu lekkiemu zdziwieniu, że nigdy jak dotąd się nad tym nie zastanawiałam, ale nie znam w fantastyce chyba ani jednej przekonująco napisanej historii romansu między dwiema paniami, która byłaby przy tym ważna i znacząca dla akcji...

00:04, ninedin
Link Komentarze (10) »
niedziela, 02 sierpnia 2009
Klasyka horroru

Zainspirowana przez listę na horrorstory, pozwalam sobie na ułożenie własnej.


Instrukcja obsługi:

Lista generalnie zawiera dwa typy tekstów: moje ulubione oraz te, które uważam za najważniejsze. Ulubione zaznaczone gwiazdką.Układ, jak u cedro, plus minus chronologiczny. Staram się pomijać teksty z elementami horroru, które należą bardzo wyraźnie do innych gatunków (IMHO I am Legend R. Mathesona to raczej SF niż horror).

i nie żebym ja była jakimś specjalnym znawcą horroru, albo koneserem... widać zresztą, bo spora część tej listy to jednak szacowna, prawie- i ponadstuletnia klasyka...

 

*Matthew Gregory Lewis, The Monk (Mnich)
Cedro to już powiedział,  ale co tam, powtórzę: z jednej strony mamy tu wszystkie niemal klasyczne motywy pewnego typu horroru (takiego spod znaku niesamowitości raczej), z drugiej - widać, że autor przede wszystkim chce konkretnie przerazić swojego czytelnika... Poza tym bez tej powieści nie byłoby literatury gotyckiej, a bez niej - a bez niej to by w ogóle nic nie było, jak mawiał pewien facet, też prawie rodem z horroru...

Mary Shelley, Frankenstein
... który byłby też na analogicznej liście dla SF, bodaj jako jedyny; na liście SF byłby z powodu historii o sztucznym człowieku; na liście horrorowej - z powodu figury monstrum i - dość chyba charakterystycznej dla horroru - moralnej lekcji, jaką powinniśmy z lektury wyciągnąć. Ileż to razy później widzieliśmy w horrorach (literackich i filmowych) zgubne skutki igrania z naturą...

*Edgar Allan Poe, The Fall of the House of Usher (Zagłada domu Usherów)
...bo się jej UPIORNIE bałam, czytając to jako nastolatka... Poza tym, klasyka, tym razem z cyklu "przeklęte rody i nawiedzone domy".

Sheridan le Fanu, Carmilla
Niestety, na liście klasyki horroru musi się znaleźć pierwsza wampirzyca-lesbijka...

R. L. Stephenson, The Strange Case of Dr. Jekyll and Mr. Hyde (Dr. Jekyll and Mr. Hyde)
Znowu z racji klasyczności - i z racji tego, że choć było to sporo przed Freudem, tekst Stephensona antycypował jednak wszelkie horrory babrzące się w ponurych zakamarkach ludzkiej psychiki.

*O. Wilde, The Picture of Dorian Gray (Portret Doriana Graya)
Pewnie, że więcej tu metafory i zawoalowanego mówienia o sprawach niekoniecznie z horroru rodem - ale klasyczne opowiadanie Wilde'a łączy z horrorem nie tylko koncept upiornego portretu, ale i moralna lekcja, jaką daje czytelnikowi...


Bram Stoker, Dracula
Tak, to jest dość marna literacko powieść, podobnie jak Frankeinstein zresztą - i co z tego? Bez Draculi (i Draculi) w ogóle nie byłoby horroru, jaki dzisiaj znamy.

H. P. Lovecraft, The Call of Cthulhu (Zew Cthulhu)
Bezczelnie zacytuję samą siebię: to jest chyba najczęściej cytowany, poza może Tolkienem, autor w dzisiejszej fantastyce, może dlatego, że jego wizje potwornej, nieludzkiej inteligencji czającej się gdzieś między gwiazdami, okrutnej i obojętnej na ludzki los, gotowej zgnieść nas bez chwili zastanowienia, w jakiś dziwny sposób współgrają z lękami współczesnego człowieka...  

Ira Levin, Rosemary's Baby (Dziecko Rosemary)
A tu nic nie powiem, bo Cedro zrobił to lepiej...

Anne Rice, Interview with the Vampire (Wywiad z wampirem)
W fantastyce - nie tylko w horrorze - narobiła zamieszania na iście Tolkienowską skalę, zredefiniowała postać wampira, a do tego została matką-założycielką pasożytującego na horrorze gatunku paranormal romance. No, no... Aha, żeby było jasne: ja osobiście Rice nie lubię...

*Stephen King, The Shining (Lśnienie)
Nie wszyscy Kinga lubią (ja dość tak), ale jedno trzeba powiedzieć: wywindował horror na takie poziomy popularności i rozpoznawalności, jak bodaj nikt przed nim, a do tego - nadał mu pewną nową jakość, związując go z codziennym doświadczeniem małych, zwykłych amerykańskich miasteczek i ich zwyczajnych mieszkańców. Kilkakrotnie mierzył się z klasycznymi tematami horroru (wampiry w Miasteczku Salem, klątwa w Thinner); z tego wszystkiego wariacja nt. nawiedzonego domu wyszła mu najlepiej.

*Stephen
King, It (To)
.... czyli jak przerobić Tolkiena na horror o potworze. Obiecuję niedługo napisać więcej o tej książce.


*Stephen King, Misery
Książka o książkach, o pisaniu i o niebezpieczeństwach bycia pisarzem - a zarazem klaustrofobiczna historia o wariatce z siekierą, czyli kolejna Kingowska wariacja na klasyczny horrorowy temat. Dla mnie osobiście Annie Wilkes jest straszniejsza od Jasona z Freddym Krugerem do spółki.

F. Paul Wilson, The Keep (Twierdza)
Na pamiątkę pięknych dni z początku lat 90., kiedy to wychodziły w naszym kraju tanie, rozpadające się w oczach horrory. Większość z tego to był Masterton i jego gorsze klony, niestety - ale na tle tego wszystkiego opowieść Wilsona o nazistach w starej twierdzy na Bałkanach i czającym się tam pradawnym potworze była niezwykle pozytywnym zaskoczeniem.

Clive Barker, The Book of Blood (Księga krwi)
Trochę na wyrost. Uważam, że Barker jakoś ciągle nie może napisać tej genialnej książki, do stworzenia której ma wszelkie predyspozycje, ale jest tak odrębnym i tak oryginalnym głosem w horrorze, że jakieś miejsce mu się tu należy.


*Dean R. Koontz, Whispers (Szepty)
... bo udało się autorowi mnie tą - mocno wydumaną, przyznajmy- opowieścią o obłąkanych bliźniakach-mordercach dość konkretnie zaskoczyć. Koontza generalnie nie lubię, ale ta akurat jego powieść mnie zaintrygowała...

*John Marks, Fangland
... czyli jak napisać Draculę na nowo w czasach korporacji i terroryzmu. Pisałam o tej książce już kiedyś u siebie na blogu.

*Sarah Monette, "Elegy for the Demon Lover"
Chyba najlepszy jej tekst w ogóle, klimatyczna i nastrojowa opowieść o niemożliwej i zabójczej miłości. Niby nic oryginalnego, ale intryguje. 

*Kelly Link, "The Specialist's Hat" ("Kapelusz specjalisty") (do przeczytania online)
Też już kiedyś o niej pisałam, i się znowu powtórzę: od czasu Nawiedzonego domu na wzgórzu nie czytałam bardziej przejmującej przeróbki motywu nawiedzonego domu i straszniejszego (dla mnie osobiście) opowiadania o duchach...


I na pewno zapomniałam o 1000 00000 00000 różnych rzeczy, które chciałam tu umieścić...

Aha, Kathe Koja czeka na przeczytanie...

16:18, ninedin
Link Komentarze (10) »
piątek, 26 czerwca 2009
Fantastyczna dziesiątka

Zostałam poproszona o przygotowanie listy 10 powieści fantastycznych, które chętnie przeczytają ludzie z klubu książki, niekoniecznie interesujący się fantastyką, ale za to namiętnie czytający wszystko inne.

Chciałabym, żeby ta lista była reprezentatywna nie tylko w sensie ważności tekstów i autorów, ale także - reprezentowania najważniejszych form i podgatunków fantastyki.

Aha, zakładam, że na liście nie musi już, po Jacksonie, znajdować się Władca pierścieni.

Oto moje pierwsze propozycje; kolejność przypadkowa:

 

1. Frank Herbert, Diuna: bo i klasyka fantastyki, i przy okazji całkiem poważna książka, dotykająca takich problemów jak ekologia, władza i problem przeznaczenia.

2. Stanisław Lem, Dzienniki gwiazdowe: bo i klasyka (wiem, nudna jestem), ale także i błyskotliwa kontynuacja tradycji powiastki filozoficznej.

3. Philip K. Dick, Człowiek z Wysokiego Zamku: bo i klasyka (jak wyżej), ale przy okazji dobry przykład historii alternatywnej i próbka, z czym się ten podgatunek je. Alternatywnie, jakby ktoś nie mógł strawić prozy Dicka, proponuję nowiutki Związek żydowskich policjantów Michaela Chabona, też wynagradzany czym się dało.

4. Ray Bradbury, Kroniki marsjańskie: klasyka. A poza tym najbardziej typowy przykład poetyckiej prozy w fantastyce. I de facto powieść zrobiona z kolekcji opowiadań, też coś niezwykle typowego dla gatunku.

5. Susanna Clarke, Jonathan Strange i pan Norrell: trochę mniej klasyka, bo stosunkowo nowe (choć wynagradzane ile się dało), ale za to dobry przykład modnego od kilkunastu lat zjawiska: szukania dla fantastyki innym modeli niż, powiedzmy, Tolkien z jednej, a Verne/Wells z drugiej strony. Tu w tej roli Jane Austen i Charles Dickens. Alternatywnie: Jasper Fforde, Porwanie Jane E., też pastisz, acz bardziej alternatywny w stosunku do klasycznych pierwowzorów lub Nie licząc psa Connie Willis (bliżej SF, co prawda)

6. Neil Gaiman, Gwiezdny pył, bo jest nam potrzebny przynajmniej jeden przykład baśniowej fantasy bez sequeli, w jednym tomie, a takiej jest wbrew pozorom niewiele; wahałam się między Nigdziebądź a Ostatnim jednorożcem Petera S. Beagle, Gaiman w końcu wydał mi się, w swojej pastiszowości, ciekawszy.

7. Ursula K. le Guin, Lewa ręka ciemności: bo, dla odmiany, klasyka. Poza tym - doskonały przykład ambitnej, a przy tym dość klasycznej i tradycyjnej science fiction.

8. Jacek Dukaj, w końcu chyba Inne pieśni: bo po pierwsze, niewielu mamy takich pisarzy w tym kraju, po drugie, wynagradzana ile się dało, po trzecie wreszcie - bo to jest dobry przykład nie-mainstreamowej fantasy z pogranicza gatunków i eksperymentalnych tendencji w fantastyce.

9. A. i B. Strugaccy, Piknik na skraju drogi: klaaasyka. I dobry przykład nie-polskiej, nie-anglosaskiej science fiction. Ekranizowane przez mistrzów ambitnego kina, a zarazem - będące podstawą jednego z największych bestsellerów rynku gier komputerowych.

10. Wybór opowiadań SF i fantasy

Daniel Keyes, "Kwiaty dla Algernona"
Andrzej Sapkowski, "Ziarno prawdy" lub "Mniejsze zło"
Neil Gaiman, "Szkło, śnieg i jabłka"
Arthur C. Clarke, "Dziewięć miliardów imion Boga"
Ted Chiang, "Piekło to nieobecność Boga"

Jeden absolutnie klasyczny tekst, którego znaczenie, dzięki adaptacjom filmowym i teatralnym, wykracza poza fantastykę (Keyes). Sapkowski i Gaiman - dwa oblicza jednego z ulubionych motywów fantasy, czyli retellingów baśni (najlepiej zestawić "Szkło..." Gaimana i "Mniejsze zło", bo to ta sama historia), plus na liście powinien być jakiś Sapkowski, a Saga się nie nadaje ze względu na rozmiar. I dwa teksty "teologiczne": tradycyjny, klasyczny, oparty na koncepcie tekst Clarke'a i paradoksalny, przewrotny (i nagrodzony czym się tylko da) współczesny moralitet Chianga.

09:43, ninedin
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5